1 sierpnia 2011

I po co ten księżyc?


      Zasłony - jako niepraktyczne - powyrzucane, rolety moczą się w wannie, a łóżko stoi na wprost okna. Jest zimno, w kościach łamie. Pomimo flanelowej koszuli i bawełnianych skarpet oraz wielbłądziego koca, marznę ... dzwonię zębami...
       Zziębnięta przyglądam się księżycowi i snuję o nim rozważania. Tak sobie myślę, że księżyc to takie niezwykłe ciało niebieskie. Najpierw osiąga pełnię, potem go ubywa, wreszcie znów staje się pyzaty, jak bułeczka. Chmury mogą go zaciemniać, kiedy chcą, tak jak nigdy nie zaciemnią całkowicie dnia. 
       Potrzebujemy  wody, choć nie zaraz wodospadu. Kiedy się trafi - bywa czymś nadzwyczajnym, przepiękną ozdobą krajobrazu. Potrzebujemy światła dziennego i jest ono dla ludzi czymś użytkowym, ale nie potrzebujemy chyba poświaty księżycowej w sypialni akurat wtedy, kiedy chce się spać, a nie ma czym zasłonić sięgającego sufitu okna.
       Kiedy księżyc pojawia się w parku przy ławeczce pod kasztanem, rozbudza marzenia siedzących tam zakochanych, dokonuje przemian, na cokolwiek pada – wszystko przemienia w roziskrzone drobiny lub lśniące tajemnicze plamy podsycające miłość. Oświetla też drogę karawanie, daje malarskie tło pohukującej sowie, temat do romantycznych strof i baśni... 

Ale po co snuje się po moim oknie
i  razem z zimnym wiatrem nie daje mi zasnąć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jak opublikować komentarz?

Jeśli nie masz KONTA GOOGLE, to..można wybrać:

- NAZWA /ADRES URL - w..okienku NAZWA wpisać nick i w..okienku ADRES wkopiować adres swojego bloga.

- ANONIMOWY - w tej opcji proszę podpisać się w..komentarzu.

W komentarzu można stosować kursywę i czcionkę pogrubioną.