9 grudnia 2010

Metro warszawskie, czyli prowincjuszka w opałach


30 grudnia 2008

       Metro - szybkie, wygodne i ładne. Jeszcze pachnie nowością. Tylko wsiąść i jechać. Nie tak od razu... Nie tak łatwo i bezproblemowo człowieku powiatowy. Co innego Warszawiacy, oni to wiedzą, oni może potrzebną wiedzę wysysają  z mlekiem matki, albo w szkołach warszawskich jest przedmiot: stołeczny transport? A może otrzymali instrukcję  obsługi metra? Ja takiego poradnika nie przeczytałam. Błąd! Wielki błąd! Trzeba całe życie się uczyć, bo nauka to potęgi klucz. Także do metra.

       Pierwszym kluczem do niego jest bilet. Zwykły kartonik. Biały, z nadrukiem. Od paryskiego na przykład różni się kolorem. Paryski - żółty. Na ten żółty kartonik śmigałam starym, poczciwym paryskim metrem w roku 1972. Bezproblemowo, tak zwyczajnie, bez żadnych specjalnych umiejętności, bo i gdzie w owych latach można było je zdobyć? Ani internetu nie było, by chociaż metro zobaczyć, ani telewizja nie instruowała, jak z paryskiego metra i biletu korzystać. Bo i po co zresztą?

       Proste czynności są przecież proste w świecie. Proste oznakowania są przecież czytelne w świecie. Czy to strzałka, czy inny rysunek...  Czy to w Paryżu czy Londynie... Małpa spojrzy i zrozumie. Ale nie w Warszawie.  Warszawskie metro  niezrozumiałe dla prowincjusza.  Korzystanie z warszawskiego metra jest wręcz trudne i niebezpieczne. "Ciemniaczka" z prowincji przyjechała, myśli, że to Paryż i od razu do metra się pcha. Na dodatek jeszcze wydumała, że z przed pół roku bilet, który przezornie na zapas kupiła wykorzysta (tak jak w Paryżu nawet po 20 latach), chociaż cena się zmieniła. Nic z tego. W sprawie biletów żadne prawa nabyte nie obowiązują! Trzeba kupić nowy!

       Wkłada  bilet do automatu i... A guzik! Bramka nie wpuszcza. Tłucze więc udem w metalową rurę, popycha z całych sił, nic z tego.  Obite, jak schaboszczak lewe udo  boli, pewnie już sine,  z prawego więc atakuje, sądząc, że to drugie, jako silniejsze da radę sforsować nieczułą zaporę. Nic bardziej mylnego. "Ciemniaczka" z prowincji powinna się wcześniej nauczyć, że życie  jest trudne nawet w sprawach zwyczajnych, prozaicznych. Jednym z  elementów komplikowania prostych czynności jest między innymi użytkowanie biletu - kartonika, który trzeba  odpowiednią stroną włożyć do automatu. Nie wiesz tego -  nie wejdziesz. Posiadasz taką wiedzę, a nie widzisz dobrze, też nie wejdziesz, jeśli o pomoc w identyfikacji właściwej strony biletu nie poprosisz. Na szczęście ludzie w Warszawie dobrzy. Zauważyli i pomogli odpowiednią stroną bilet do otworu wsunąć.

       "Ciemniaczka" jednak powinna była wiedzieć, że walizkę trzeba nad bramką przenieść, trzymając ją nad głową, na plecach, albo na ramieniu. Gdyby nawet wiedziała, to i tak by nie dała rady trzymać w górze walizki. Pod szlabanem bagaż się nie mieści, no to ciągnie tuż przy własnej nodze walizkę na kółkach. Pech? Doskonałe ergonomicznie wejście zatrzaskuje walizkę w swych sidłach, nawlekając się jak nitka w igłę  w walizkowe ucho jednym z trzech swych metalowych ramion. Doskonałe, bo ergonomia oraz projektowanie ergonomiczne - to dostosowanie maszyn, urządzeń i przedmiotów do potrzeb fizycznych i psychicznych człowieka, a nie człowieka z walizką. Płakać? Nie! Przecież wiadomo, że  podróżny z bagażem powinien korzystać z usług przedsiębiorstw taksówkowych, a nie metra. Przecież wiadomo, że życie i wszelkie czynności nie mogą być proste. 
       Nie ma lekko!  Powszechne hasła dnia to: utrudnić! Skomplikować! Po łbie! W udo! Raz z prawej! Znowu z lewej! Życie ma być ciężkie! Na szczęście ludzie w Warszawie dobrzy. Zauważyli... Pomogli. Swój własny bilet odsprzedali, do automatu  włożyli, walizkę z potrzasku uwolnili.
       
       Wreszcie ruchome schody. Szczytowe osiągnięcie radzieckiej myśli technicznej lat czterdziestych służące do komfortowego pokonywania różnicy poziomów. Sen prawie każdego dziecka w PRL'u. Obowiązkowy punkt programu wycieczek szkolnych. Najpierw przy Trasie W-Z, potem na Dworcu Centralnym wybudowanym przez Maliniaka i czterdziestolatka Karwowskiego. Teraz na każdej stacji metra.

       Ale "ciemniaczka" z prowincji nie wie, że walizkę trzeba trzymać na ruchomych schodach przed sobą, albo za sobą, bo lewa strona schodów ma być wolna dla ruchu pieszego.
- Pani zabierze tę walizkę!  Tędy się chodzi!
A głupia "ciemniaczka" myślała, że ruchome schody służą do zjeżdżania i wjeżdżania, a nie do schodzenia i wchodzenia.
- Pewnie niektórzy nie doceniają myśli technicznej inżynierów od schodów albo nóg nie oszczędzają. A może to rodzi się nowa polska tradycja ( na miarę tej z filmu "Miś"), taka obyczajowość wielkoschodowa, albo dyscyplina sportowa pod nazwą: wyścigi na ruchomych schodach?

"Ciemniaczka" szanuje  tradycje i upodobania wszystkich ludzi, posłusznie więc mocuje się z walizką, by drogi szybszym od schodów biegaczom nie tarasować.
Chwila nieuwagi, zachwianie równowagi i... Walizka koziołkuje uroczo po schodach.

       Na szczęście ludzie w Warszawie dobrzy. Zauważyli... Pomogli, popilnowali na dole walizkę. Nie połamała się nawet, kółek nie pogubiła, tylko kapało z niej.  Z rozbitej butelki ze świątecznym trunkiem dla szwagra.
       
       Na peronie przy torach napis MŁOCINY ze strzałką w stronę torów. 
- Na drugą stronę torów trzeba przejść? Którędy? Żadnej kładki nad torami nie widać! Przejścia pod torami też nie ma! Chyba nie przez tory? Każdy głupi przecież to wie!  Czyli co? Czyli jak? Trzeba  zawrócić?  Na te same schody? Czy są jakieś inne?
Strzałka milczy, jak zaklęta,  nie mówi, co robić, tylko uparcie na tory nakazuje wchodzić.
- To nie z tego peronu na Młociny?
- A jakże, z tego!  
       Na szczęście ludzie w Warszawie dobrzy. Wyjaśnili, że strzałka wskazująca kierunek nie jest wektorem  ani inżynierskim, ani  geometrycznym  mającym kierunek i zwrot określający orientację wzdłuż danego kierunku, a tak po prostu sobie jest, bo tak namalowano ją i w żadnym wypadku nie należy sugerować się jej kierunkiem i zwrotem.
- Aha!

       Nadjeżdża pociąg.  Kto ma kłopoty z oczami, za białą linią szura  butem po peronie, by wyczuć brzeg peronu i nie wpaść w czeluść między wagonem a peronem. Nic szorstkiego, ani chroboczącego pod butem jednak nie wyczuwa się. Jak więc wsiąść? W którym momencie dać krok do wagonu? Na szczęście ludzie w Warszawie dobrzy. Pomogli... Wyjaśnili, że takie tam  niedowidzenie to nie feler, skoro białą linię widać. Całkowicie niewidomi to dopiero źle mają, jeden nawet pod pociąg wpadł. Nietrafiona to pociecha, żadna pociecha, smutno się zrobiło...

       Pociąg rusza! Znajduje się miejsce siedzące na wprost reklamy. Ta dopiero rozwesela!  Miło jest przecież wygrać pogrzeb, choćby nawet był skutkiem wygranego darmowego leczenia. Trzeba zrobić zdjęcie, bo na słowo nikt nie uwierzy.
Ja sama zresztą nie wierzę. Pewnie aparat fotograficzny miał "majaki" po upadku ze schodów.       
                                                      
                                
   
Samo życie...

1 komentarz:

Jak opublikować komentarz?

Jeśli nie masz KONTA GOOGLE, to..można wybrać:

- NAZWA /ADRES URL - w..okienku NAZWA wpisać nick i w..okienku ADRES wkopiować adres swojego bloga.

- ANONIMOWY - w tej opcji proszę podpisać się w..komentarzu.

W komentarzu można stosować kursywę i czcionkę pogrubioną.