14 lipca 2011

Turcja 2011

28 czerwca 2011

   Słonecznie pozdrawiam
wszystkich stałych i przejezdnych Gości



Turcja. Nad zatoką Antalya (Morze Śródziemne)
w starożytnej krainie Pamfilia,
u południowych podnóży gór Taurus



Poszukuję osoby, która podmieni mnie w podpieraniu palmy,
abym mogła pisać  i odwiedzać ulubione blogi. 

Muszę też opalić drugą nogę.




Rada wakacyjna:

nie opalać się
w półcieniu, o! 






02 lipca 2011
Sezonowa zdrada ulubionej Afryki...

...czyli "udawanie Greka
na tureckim kazaniu"
oraz życie jak w Madrycie.


Lepiej niż słowa opowiadają zdjęcia.
Relacja fotograficzna z Turcji w galerii Picasa:





03 lipca 2011

...czyli "udawanie Greka na tureckim kazaniu"
 oraz życie jak w Madrycie.

Jestem Polką!
Dlaczego witasz mnie po rosyjsku?

       To moje pierwsze słowa na tureckiej ziemi.
Z ciekawości zadaję też pytanie, czy hotel, do którego trafiłam, jest rosyjski czy turecki, bowiem na etui na elektroniczną kartę - klucz do drzwi pokoju - widnieją po rosyjsku życzenia ”приятного пребывания. Tylko po rosyjsku!

- Palmet Resort w Kemer to  hotel turecki. Odpowiada zdziwiony recepcjonista.

- Dlaczego więc życzenia dla mnie są po rosyjsku, a nie po turecku? Jeśli już mają być w obcym dla was języku, to może... po angielsku, jako języku ‘international’?

- Żeby zrobić przyjemność gościom w większej większości z Rosji.

- Aha! Ale... ja jestem Polką, a nie „większością rosyjską”!

- Poland only ciut... ciut.

- „Poland only ciut... ciut” także chce czuć się mile widzianym gościem, tym bardziej, że nie  płacił za przylot do Turcji i pobyt w waszym hotelu „ciut... ciut”, a tyle co „większa większość”.

       Recepcjonista uśmiecha się, przyznaje rację, energicznie zamazuje długopisem rosyjskie litery, a ja piszę na wzór powitanie i życzenia po polsku.
Miły Turek informuje, że moją „жалоба” przekaże menadżerowi hotelu, po czym wręcza karty z napisem, że to na „Пляжные полотенца.

Hi... hi... Przyjdzie przywyknąć.

       W hotelu Palmet Resort, jak i całym Kemer faktycznie słychać w większości rosyjski. W zasadzie dobrze! Okazja do przypomnienia sobie obowiązkowego w czasach szkolnych języka, a i turystów rosyjskich po stokroć wolę od innych. Przyjaźni, bezpośredni i weseli ludzie, o!

    Witryny sklepów, bankomaty, reklamy, tablice informacyjne... pełne rosyjskich liter. Czuję się,  jak u Друзья.

       Hotel wygląda komfortowo i przyjaźnie. Postanawiam udawać Greka i pożyć ponad stan, nastawiając się na intensywny wypoczynek oraz maksymalne korzystanie z dobrodziejstw resortu. Zauważam, że tu wszystko jest dla ludzi. Nawet ponad standard, za który zapłaciłam. Szczególnie w dziedzinie żywienia, co widzę już podczas pierwszego posiłku i zamiast od razu jeść, fotografuję bufety na dowód dla lekarza mojej współtowarzyszki podróży, który zalecił jej bardzo dobre odżywianie, jako jedyny warunek dalekiego wyjazdu. Jedzenie w hotelu jest nie tylko ładne i  różnorodne. Także bardzo smaczne i  w nadmiernych ilościach  serwowane  od  rana do północy.


     Wakacje zapowiadają się dobrze. "Historycznie", bo ucztowanie, jak w Rzymie za czasów Cezara.  "Światowo", bo życie, jak w Madrycie...  po rosyjsku... przy szwedzkim stole u Turka...


   
A na dodatek w resortowym umundurowaniu.


 

   комната. Także tu nie zapomniano o dożywianiu. W aneksie kuchennym jest wypełniona napojami lodówka, filiżanki, czajnik, kawa, herbata, cukier, woda. Wszystko uzupełniane na bieżąco.



Wersal!

I po co było dźwigać majdołki, jak Pawlaczka?

 
 
Pokoje ekonomiczne o tzw. niższym standardzie nie posiadają kanapy i są nieco mniejsze. Wszędzie sterylna czystość. Widok z balkonu w jedną stronę na morze, a w drugą na góry Taurus.


*Blog polecany w kategorii: 4 strony świata






Matko kochana, "umundurowana" w polecankach?
Gdybym wiedziała, włożyłabym suknię wieczorową hehe


06 lipca 2011
Sezonowa zdrada ulubionej Afryki. III 

...czyli "udawanie Greka na tureckim kazaniu"
oraz życie jak w Madrycie.

Mam wizę i pójdę na spacer brzegiem morza!
A zabita może mi nakukać, o!


       Życie, jak w Madrycie oraz Rzymie u Cezara, w tureckim hotelu w Kemer szybko się przejada. Jedzenie... hamak... czaj... jacuzzi. Jedzenie... poduchy... czaj... masaże. Jedzenie... leżak... czaj... kąpiel. Jedzenie... sjesta... czaj... hammam. Jedzenie...

       Wiem, że Turcja to pomost między Orientem a Zachodem. Pojawia się więc pragnienie, by wyrwać się z przybytku błogiego lenistwa resortowego na poszukiwanie Orientu. Głośna  ulica nie zachęca do spaceru. Choć wiemy, że jest zakaz spacerowania plażą, razem z moją siostrą próbujemy stawić czoła tureckiej  policji i licznym plażowym ochroniarzom, wystawionym w słońcu co kilkadziesiąt metrów.

       Na zawołania „Halo! Halo! Problem!” nie reagujemy.  A co! Skąd możemy wiedzieć, że to nas się przywołuje słowem „halo”?  W konfliktowej sytuacji milo się uśmiechamy i prawimy komplementy. Wysłuchujemy „tureckiego kazania” udając Greka. Rozumiemy, że plaże są prywatne, ale brzeg morza powinien być także nasz. Mamy przecież wizę na pobyt i przemieszczanie się po Turcji, a zatem i jej wybrzeże oraz wody terytorialne są chwilowo dla nas, o! Na nic nie zważając maszerujemy więc żwawo przed siebie. Najwyżej nas aresztują i trafimy w ręce policji o wdzięcznej nazwie ZABITA.




      Podziwiamy lazur morza i kolorowe kamyczki, oplotkowujemy każdą plażę hotelową. Im bliżej centrum Kemer, tym plaże węższe i bardziej zatłoczone. Leżak przy leżaku. Nawet nie ma  jak fotografować, bo widać tylko wylegujące się ciała.  Każdą drogą dochodzącą do morza skręcamy w głąb lądu. Orientu ani widu... ani słychu... Jedynie muezin  śpiewem wzywający na modlitwę przypomina, gdzie się znajdujemy.

    Trafiamy do... „Amsterdamu”! Tu przeczekujemy burzę, żeby na plaży nie oberwać fruwającymi leżakami, po czym udajemy się na dalsze poszukiwania Turcji w Turcji. W Kemer akurat z samochodów rozpylają mgłę przeciwko insektom, więc powracamy tą samą drogą - brzegiem morza. Na jednej z plaż podchodzi sympatyczny mundurowy i wyraża swój podziw dla odbytego długiego spaceru. Cieszy się, że nie miałyśmy „problem” ani od „zabita”, ani od „fırtına” (burza) i wskazując na zegarek czyni jednocześnie gest ok. Martwił się o nas przez kilka godzin.

       Znowu obgadujemy plaże,  które niezbyt nam się podobają.  Jedną natomiast chwalimy.



- O! Tutaj  fajnie mają. Jak VIPy. 



Wygodnie i przestrzennie. Leżaki nie tak gęsto, jak wszędzie i szerokie przejścia między rzędami, a także wiele miejsca na brzegu morza. Nie trzeba przeskakiwać przez nogi opalających się, albo wchodzić do wody by je ominąć. 

- O! Podest z leżakami i hamakiem pod zadaszeniem dającym głęboki cień graniczy z zielenią hotelowego ogrodu. Bardzo przyjemnie jest tutaj! 


          Dalej odnajdujemy nawet wydmę i krzewy na brzegu morza. 






- A te krzaki co tu robią?  Zupełne pustkowie. Czy nie minęłyśmy już dawno naszego hotelu?
- Minęłyśmy! Słońce skłania się ku zachodowi. Odwrót moja siostro!

       Okazuje się, że wychwalałyśmy naszą plażę,  nie rozpoznaną po burzy, ponieważ pochowano materace oraz rzucające się w oczy czerwone i białe poduchy, a charakterystycznie zagospodarowane molo także na czas burzy uprzątnięto i świeciło pustkami, jak każde inne. Śmiejemy się! Uznajemy, że wydałyśmy obiektywną opinię o plaży hotelu Palmet Resort. Czasami tak jest, że człowiek chwali - wmawiając sobie uroki miejsca, w którym przyszło mu przebywać - dla dobrego samopoczucia. Na wiele rzeczy spogląda subiektywnie. A myśmy wychwalały zupełnie bezinteresownie... nie wiedząc, że to „nasze”.  Znaczy... pełny obiektywizm, hi, hi...

       Uświadomione przez rezydentkę, na kolejne spacery brzegiem morza nie decydujemy się. Można mieć kłopot! To po co nad morze przyleciałyśmy? Z leżaka nie czuje się przecież w pełni smaku nadmorskiej aury. Nie łapie się wiatru we włosy ani kryształków soli pod sukienkę - moją sławną kreację (ponad 13 tysięcy odsłon) - specjalnie na spacery nadmorskie uszytą, ech... 

       Co tu zatem robić? Podczas kolacji podejmujemy decyzję o wycieczkach (nie były w ogóle planowane).  Może rejs po zatokach Morza Śródziemnego? Albo w góry wyprawa? A  może Turcja turecka? Gdzieś ona przecież jest i pragniemy jej dotknąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jak opublikować komentarz?

Jeśli nie masz KONTA GOOGLE, to..można wybrać:

- NAZWA /ADRES URL - w..okienku NAZWA wpisać nick i w..okienku ADRES wkopiować adres swojego bloga.

- ANONIMOWY - w tej opcji proszę podpisać się w..komentarzu.

W komentarzu można stosować kursywę i czcionkę pogrubioną.