22 lipca 2010

Akcja 'Wisła'


O spotkaniu znajomych internetowych


       Na miejsce przybyłam 50 minut wcześniej. Można sobie wyobrazić, ile nadreptałam się przebierając nogami i spacerując przed kinem „Wisła” na Żoliborzu w Warszawie, bo właśnie tam byliśmy umówieni. W kinie 40 stopni ciepła odczuwam.  Eeeeeetam... czterdzieści... Sześćdziesiąt co najmniej, a ja zakutana w umówiony znak, czyli moherowy szal z czerwonym sercem.  Oblewają mnie siódme poty. Przez cały dzień kręcone loki przyklejają się do karku, modelowana na żel grzywka  zwisa, jak kąpiące sople lodowe podczas wiosennych roztopów, ręce mokre z podniecenia. W tej upojnej chwili oczekiwania nawet rzęsy roztapiają się i zalewają oczy piekącym tuszem. Przyklejam więc do nich kolejne warstwy tuszu, przypudrowuję nos. Mam już na nim parę milimetrów pudru. Znowu zerkam do lusterka. Wyglądam jak stara pudernica. Liżę więc palec i usuwam nadmiar pudru.  Co chwilę wychodzę na zewnątrz  na zimnicę i ślizgawicę, by się ochłodzić.

       Do kina są dwa wejścia, martwię się, by nie przegapić kogoś. Mijają sekundy, minuty, zegarek co chwilę przykładam do ucha, by się upewnić, że tyka, co dwie minuty pytam ludzi, która godzina, nie wierząc własnemu zegarkowi. Znowu oblewam się na przemian to zimnym to gorącym potem. Znowu chwila postoju na zewnątrz, gdzie ludzie patrzą na widniejące na mojej  piersi czerwone serce. Ciekawe, co myślą. Może wariatka? Nie! Pewnie jakaś działaczka charytatywna. Zakrywam na wszelki wypadek przyklejone serduszko rękawiczkami, żeby mi ludzie nie zaczęli wciskać datków.

       Eeeeeeee.. co będę zakrywać? Czekam na Swoich Znajomych Nieznajomskich i to jest najważniejsze. Znowu wchodzę do kina i udaję się w okolice kinowych kas. Temperatura podnosi się do 80 stopni, no może 76.

Jest!!!!
Jest!!!!
Jest!!!!

Przybywa R. Rozpoznaję ją od razu. Promienna! Uśmiechnięta! Opalona na mahoń. Całusy...  uściski... Okazuje się, że R. jest już od godziny, tylko czekała w sąsiadującym z kinem barku. Na przyszłość trzeba więc umawiać się... hihihihihihi... godzinę wcześniej. Czekamy na N. i C.
       Po kilku minutach wchodzi do kina C. Także natychmiast go poznaję, a potem N. zauważona pierwszym rzutem oka bez żadnej akcji rozpoznawczej i dodatkowych pytań. Wchodzi i już wiem, ze to ona. R. zaprasza nas do lokalu obok, a tam...
       W kameralnym, nastrojowo oświetlonym i uroczyście udekorowanym pokoiku nakryte stoły wszelakimi bakaliami tego świata. Najbardziej rzucają się w oczy połyskujące torebki z prezentami, oraz czekająca niespodzianka – tajemniczy T. Paczki z prezentami podpisane... A jakże... Co dla kogo....


 
Przystępujemy do rozpakowywania prezentów. Uciecha... fotografie... śmiech... rozmowy... wypełniają pokoik. A potem...


       Potem jeszcze dodatkowe paczki dla mnie. Jedna z Krakowa, druga z chałwą z Maroka. Jako miłośniczka marokańskiej  chałwy, natychmiast zaczynam otwierać pudełko z rozkoszną słodyczą.  Jest ono jakieś oporne i odporne na moje starania. Ręce się trzęsą, oczy niczego poza chałwą nie widzą, serce bije jak młot, usta pełne wyobrażonego smaczku. Pomagają okulary i łyżeczka od herbaty. Otwarte!!! Mniam!!! Mniam!!! Dwa duże kęsy lądują prosto w żołądku. No... pospolita chamka  ze mnie... Reflektuję się jednak w porę i częstuję wszystkich.
Potem już chałwy nie jem, zapominam o niej aż do końca spotkania. Słodsze od chałwy jest towarzystwo.


       Potwierdzam to, o czym dawno wiedziałam. Internet, oprócz  zagrożeń, jakie niesie, gromadzi też w różnych „kącikach tematycznych” ludzi wspaniałych, cudownych, czujących to, co do siebie mówią, rozumiejących się nawet bez słów, czytających właściwie gesty, intencje i rozumiejących je. A przede wszystkim nadających na tych samych częstotliwościach i z podobnym poczuciem humoru.

       Rozmawiało się miło o wszystkim, jak wśród starych dobrych znajomych. Najmniej rozmowna ja byłam. Chyba nie pomyśleli, że jestem ponuraczką?  Widzieli, że to z przejęcia. Ogrom wrażeń tego dnia sprawił, ze niewiele mówiłam. Kilka godzin wcześniej zostałam drugi raz babcią. A potem to spotkanie... cudowne spotkanie bratnich dusz i ciał.

       Szczególne chwile znalazły się także dla nieobecnych, którzy nie mogli przyjechać. SMS’y, dobre myśli, pozytywna energia i słoneczka zostały im wysłane z wiarą, że dotrą.

       Barmani zaczęli dawać rozpoznawcze sygnały, że lokal pora zamykać. Tak więc całuski, uściski, podziękowania...

      
   
  

Długo w noc opowiadałam rodzinie o tym spotkaniu, delektując się każdą jego chwilą.



Było też kilka innych spotkań i zjazdów. 
To np. 'zajęcia nadprogramowe' po jednym ze zjazdów. Champion Celebes (prywatnie Telepek, więc zostałam przezwana "Telepanką"). Aż sama sobie nie wierzę, że dosiadałam  znanego w Finale Pucharu Świata konia.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jak opublikować komentarz?

Jeśli nie masz KONTA GOOGLE, to..można wybrać:

- NAZWA /ADRES URL - w..okienku NAZWA wpisać nick i w..okienku ADRES wkopiować adres swojego bloga.

- ANONIMOWY - w tej opcji proszę podpisać się w..komentarzu.

W komentarzu można stosować kursywę i czcionkę pogrubioną.