26 sierpnia 2010

Egipt. Czas do Kairu


„I czyż wszystkie wielkie miasta nie przyzywają  
do siebie podróżników,
żeby oglądali ich świątynie?
I czyż nie urządzają najrozmaitszych uroczystości i rozrywek,
żeby zwabić zwiedzających,  którzy zostawiają swoje złoto mieszkańcom miasta?”  


Tak było... i tak jest...

  
       Z Asuanu do Kairu jechaliśmy klimatyzowanym pociągiem w wagonie pierwszej klasy. Było bardzo zimno. Przedziały 6 osobowe, podobne do polskich, tylko o wiele szersze i bez drzwi. Między fotelami mieścił się stół, który wynieśliśmy, by w jego miejsce ułożyć na podłodze walizki, jako podnóżki. Obsługa wagonu serwowała herbatkę i kawę oraz jedzenie. Lepiej mieć jednak swoją herbatę w termosie, ponieważ Egipcjanie zawsze mają czas. Zamówisz - dostaniesz... za trzy godziny, gdy już śpisz (podróż nocna od godziny dwudziestej do ósmej rano).

       Kolejarze bardzo mili. Piekli nam placki – chlebki przypominające naszą macę, dusili paprykę, bakłażany (lub coś do nich podobnego) oraz mięso (lub coś do niego podobnego). W całym wagonie pachniało przyprawami i czosnkiem. Od Asuanu do Luksoru można było wygodnie pospać w pustych przedziałach, ale zbyt późno to zauważyliśmy. W Luksorze wsiadło sporo osób. Egipcjanki z dziećmi, poduszkami i kołdrami rozłożyły się na podłodze, a ich panowie na fotelach. W Kairze panowie kolejarze wystawili nasze walizki na peron, a bagażowi odwieźli je do autokaru, którym udaliśmy się do hotelu The Oazis Hotel i rozpoczął się kolejny etap pobytu w Egipcie: Kair.
       
       The Oazis Hotel to kompleks budynków w ogromnym dobrze utrzymanym ogrodzie, pełnym palm daktylowych i krzewów kwitnących. Kwaterowanie i meldowanie odbyło się znacznie sprawniej, niż w Hurghadzie. Na powitanie podjęto nas sokiem pomarańczowym. Zanim zdążyliśmy wypić, już porozwożono bagaże do naszych pokoi. Mieliśmy godzinę na toaletę, odpoczynek, śniadanie, po czym wyruszyliśmy na spotkanie z Wielkim Sfinksem i piramidami w Gizie.
 
       Część wieczoru spędziliśmy w kawiarni hotelowej przy turkusowo oświetlonym basenie z malowniczym mostkiem.
Popijając soki rozmawialiśmy o wielkości, majestacie piramid i sfinksa, a także o najdroższym na świecie fotografie. Właściciel wielbłąda przy wielkich piramidach proponuje, że zrobi twoim aparatem zdjęcie. Pstryka „na wszelki wypadek” kilka razy jedno ujęcie i za każde liczy sobie 10 funtów. O ile dla miłośników fotografii cyfrowej ilość zajętych klatek nie ma znaczenia, o tyle posiadacze tradycyjnych aparatów byli bardzo niezadowoleni. „Wypstrykał mi prawie pół ostatniego filmu!” Płakał chłopak z Lublina.

       Wieczór zakończyliśmy spektaklem "Światło i dźwięk" pod piramidami. A potem jeszcze długo w noc wdzierały się do serca, duszy i świadomości obrazy oraz dźwięki tego spektaklu, a także niezrozumiałe  zawodzenie  muezina,
pięciokrotnie w ciągu dnia wzywającego do modlitwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jak opublikować komentarz?

Jeśli nie masz KONTA GOOGLE, to..można wybrać:

- NAZWA /ADRES URL - w..okienku NAZWA wpisać nick i w..okienku ADRES wkopiować adres swojego bloga.

- ANONIMOWY - w tej opcji proszę podpisać się w..komentarzu.

W komentarzu można stosować kursywę i czcionkę pogrubioną.