10 września 2010

Egipt. Hurghada. W hotelu...


      W hotelowej restauracji w zdumienie wprawiają poruszający się bezszelestnie kelnerzy, gotowi na każde skinienie. W Egipcie wszyscy spełniają życzenia turysty, nawet jeśli on tego nie chce. Oczywiście za każdą, nawet najdrobniejszą przysługę należy odwdzięczyć się bakszyszem, albowiem jednym z pięciu założeń islamu jest jałmużna i dzielenie się z biednymi. Turysta z Europy jest przecież bogaty...

Tak było... i tak jest...

       Po tych pierwszych wrażeniach czekało już tylko spotkanie z antyczną historią, a potem odpoczynek na Półwyspie Synaj w kurorcie Sharm El Sheikh, ale nie tak od razu. Klimatyzowanym autokarem, pod opieką dwóch polskich rezydentów i arabskiego pilota przyjechaliśmy do hotelu Palma de Mirette w miejscowości Hurghada nad Morzem Czerwonym. Hotel przyjemny, wybudowany w stylu andaluzyjskim na usypanym w morzu półwyspie. Pokoje stylowo wyposażone, klimatyzowane, z łazienką, telefonem, telewizją satelitarną, lodówką i dużym tarasem z widokiem na morze i basen. Taras mojego pokoju bezpośrednio graniczył z basenem, a tuż za nim już tylko morze.  

        
       Nie zdążyłam się jednak nacieszyć Hurghadą.  W Egipcie życie płynie powoli, bez pośpiechu, zdenerwowania, zniecierpliwienia. Wszyscy, z wyjątkiem turystów, mają czas.
Rozlokowywanie w pokojach, meldowanie i formalności biurokratyczne trwały do godziny drugiej w nocy. Zamiast więc niecierpliwić się w oczekiwaniu, trzeba było pozwiedzać miasto, albo wygodnie ułożyć się na kanapie przy recepcji i... spać. Tym bardziej, że jest to uznawane za normalne i nawet mile widziane. Poleżeć zresztą można nawet w sklepie, meczecie i kawiarni, gdzie specjalnie rozścielane są dywaniki i wałki pod głowę. Można poprosić o sziszę – fajkę wodną, herbatę, wodę lub sok i relaksować się do woli. Po co te nerwy? Po co komu europejski pośpiech? Lepiej poddać się błogiemu klimatowi egipskiej ziemi, mentalności żyjących na niej ludzi i pozwolić własnej krwi płynąć wolniej. 

       Do pokoju prowadzono nas po długich, krętych korytarzach, nazwanych przez koleżankę, która towarzyszyła mi w tej podróży, „katakumbami”. W pokoju – ciemno! Zaczęłyśmy nerwowo pstrykać wszystkimi wyłącznikami, a światło ciągle nie chciało zaświecić się. Nie działała także klimatyzacja. Wysoka temperatura, duchota, zmęczenie... napędzały system nerwowy do granic wytrzymałości. Zbawienny w tym momencie okazał się termosik z kawą, który zabieram w każdą podróż. Taras przy oświetlonym basenie, morska bryza, wygodne, dobrze wyprofilowane z wikliny fotele, na nich poduchy, stolik, na stole filiżanka kawy, kilka papierosów i dwie wkurzone turystki, ja i moja koleżanka – Lodzia, uspokoiły się.

        Po godzinie nadszedł tragarz z naszymi walizkami, klucz – kartę czipową włożył do czytnika na ścianie w przedpokoju. Zaszumiała klimatyzacja, zabłysło światło, mogłyśmy wykąpać się i przygotować ubranie na podróż przez Pustynię Kamienistą do Luksoru. Ciemniaczki w ciemnościach egipskich – śmiałyśmy się same z siebie, oglądając kartę czipową – klucz do wszystkiego i do radości!

       Na tym jednak przygody nie skończyły się tej nocy. Pojawił się nowy problem, jakim okazała się wajcha w dole kabiny prysznicowej. Skoro w dole, to do mycia dołu, pomyślałam. Sprytnie skonstruowane. Dzięki temu nie zamoczę włosów i nie zniszczę świeżo malowanej, przywiezionej z Polski fryzury. Pomyliłam się jednak w swoich techniczno – prysznicowych domniemaniach. Po przesunięciu wajchy spadł na mnie rzęsisty strumień wody z sufitu. Starannie wymodelowane włosy zamokły, a po plecach ściekała farba w kolorze dojrzałej wiśni.

       Pozostała tylko godzina na odpoczynek, a jeszcze należało zrobić fryzurę. Martwiło nas, czy trafimy do recepcji po krętych katakumbach ogromnego kompleksu hotelowego. Wystarczył jeden niewłaściwy zakręt, by stracić zupełnie orientację i znaleźć się w zaułku jakiejś uliczki, na plaży lub przy sąsiednim hotelu Mirette. Krążyłyśmy długo po korytarzach, aż spotkałyśmy tragarza udającego się właśnie po nas i nasze walizki. Ciemniaczki w ciemnych katakumbach – znowu nazwałyśmy siebie odpowiednio.

       W „Palma de Mirette” odpoczywałyśmy do godziny czwartej rano, po czym wyruszyłyśmy w podróż przez pustynię i Góry Kamieniste do Luksoru. W drodze wszyscy spali. Ja zerkałam jeszcze na Hurghadę, ale z okien autokaru niezbyt przypadła mi do gustu. Zielone ogrody hotelowe często graniczą tu z placem budowy. Byłam więc zadowolona, że na miejsce wypoczynku wybrałam Sharm El Sheikh na półwyspie Synaj.

Plan podróży


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jak opublikować komentarz?

Jeśli nie masz KONTA GOOGLE, to..można wybrać:

- NAZWA /ADRES URL - w..okienku NAZWA wpisać nick i w..okienku ADRES wkopiować adres swojego bloga.

- ANONIMOWY - w tej opcji proszę podpisać się w..komentarzu.

W komentarzu można stosować kursywę i czcionkę pogrubioną.