26 sierpnia 2010

Egipt. Kair i okolice


         Kair  zbudowany jest na wielu poziomach. Każde nowe osiedle sytuuje się coraz wyżej, ponieważ buduje się na starych śmieciach i gruzach. Przeszłość splata się tu na każdym kroku z nowoczesnością. Obok typowych arabskich domów, wznoszą się eleganckie, smukłe wieżowce. Przy szerokim bulwarze, ciągnącym wzdłuż Nilu , znajdują się najwytworniejsze hotele, wznoszą się gmachy rządowe, siedziby Ligi Arabskiej oraz świetnie usypiająca telewizja egipska. Ulice miasta rozświetlają tysiące barwnych neonów, jest bardzo duży ruch, niewyobrażalny nawet dla mieszkańców Paryża oraz ciemny smog, słychać pięć razy dziennie zawodzenie muezzinów, pachnie oliwa, czosnek i wschodnie przyprawy.

       Do starych, zaniedbanych ale na swój sposób malowniczych i niezwykle fotogenicznych uliczek i zaułków dzielnicy koptyjskiej schodziliśmy po schodach, ponieważ jako stara – usytuowana jest niżej. Pod nią również znajdują się mury i gruzy pozostałe po jeszcze starszych zabudowaniach. Tu oglądaliśmy najstarszy meczet kairski, cmentarz chrześcijański, kościół św. Jerzego oraz kościół św. Sergiusza, wybudowany w miejscu gdzie prawdopodobnie odpoczywała Matka Boska podczas ucieczki z Palestyny do Egiptu.

       Najbardziej egzotyczne są barwne uliczki kairskiego suku – orientalnego bazaru w dzielnicy Muski, gdzie w nieprawdopodobnym tłoku i hałasie, arabskie galabije i turbany mieszają się z ubiorami europejskimi, gdzie bardziej rozebrane niż ubrane turystki są zaczepiane przez Arabów i dotykane w odkryte części ciała.

       Kupcy egipscy serdecznie, lecz krzykliwie zapraszają do wnętrza swych sklepów i magazynów, sadzają na niskich pufach, częstują przesłodzoną herbatą lub aromatyczną kawą i dopiero prezentują towary, a potem długo dobijają targu, aż cena spadnie o połowę. Można podać własną cenę i wyjść. Gdy wracamy tą samą drogą, przywołują do swego sklepu, by sprzedać towar za cenę, która wcześniej oferowaliśmy. Używają wszystkich możliwych sztuczek, aby cokolwiek sprzedać. 

- Dobrze! Dobrze! Piękna! Moja siostro! 

 „W każdym kraju będziesz mile widziany,
jak przywieziesz ze sobą złoto.”  

Tak było... i tak jest...       

       Wzdłuż drogi prowadzącej do fabryki dywanów zauważyliśmy wiele szkół dywanowych oraz wioski o niskiej zabudowie położone tuż przy drodze. Powszechny obrazek, to mężczyzna wygodnie przesiadujący w kawiarni, ubrany w jasną galabiję, relaksujący się paleniem sziszy o zapachu jabłkowym, miętowym, lawendowym lub innym. Kobieta natomiast ubrana na czarno, w ruchu, z bagażem na głowie i dzieckiem na ramieniu.   

 „ ...i zapędzisz mnie do roboty, 
żebyś sam mógł leniuchować,
bo taka jest męska natura...” 


Tak było... i tak jest... 

      
       W jednej z wiosek mieszkańcy na wszystkich domach namalowali poszczególne elementy węża w taki sposób, że cały wąż łączy mieszkających tam ludzi i ich domostwa. Głowa węża jest na początku wioski, zaś koniec ogona na jej ostatnim domu.

       W fabryce dywanów dostaliśmy oczywiście herbatę i wodę. Na hali produkcyjnej przy krosnach pracowały dzieci. Przycupnięte na własnych kolanach tkały jedwabne dywany (troje dzieci przy jednym dywanie) według wzoru wyrysowanego na papierze milimetrowym. Zręczność ich paluszków zdumiewa. Przebierały nimi z taką prędkością, jakby pokazywano film z kasety włączonej na szybkie przewijanie. Odwracały do nas główki, pozdrawiały, uśmiechały się, nie przestając pracować. Gdy częstowałam je cukierkami, otwierały buzie, pokazując wzrokiem, że ręce mają zajęte. Dzieci pracują 2 godziny dziennie, a zapłatę otrzymują tylko wówczas, gdy utkany przez nie dywan zostanie sprzedany. Trójka dzieci nad jednym dywanem, w zależności od jego wielkości, pracuje od jednego do trzech miesięcy. Dorośli nie mogą przeplatać jedwabnych nitek, ponieważ mają zbyt grube palce. Tkają więc dywany wełniane. Fabryka zatrudnia robotników i artystów. Zwykli tkacze wykonują dywany według projektu i mogą zmieniać się przy krosnach. Artysta natomiast tka według własnej inwencji, z wyobraźni i nikt nie może jego zastąpić. Ceny dywanów skutecznie odstraszają kupujących, a przynajmniej w naszej polskiej grupie. Ale warto było popatrzeć. W dodatku odpocząć od upału, napić się i posiedzieć wygodnie na stosie dywanów. Chcesz wyjść na papierosa lub nie chcesz wejść z papierosem? 

- "Nie problem, tu standard, cigareten i relaks, ok"
- zakrzyczą właściciele i wciągną turystę do środka. Są tak tolerancyjni i uprzejmi? Czy boją się stracić potencjalnego klienta? Wiedzą przecież, że wycieczki wpadają w pośpiechu. Jeśli w krótkiej przerwie między zwiedzaniem grobowca i świątyni będą odpoczywać, nawadniać się i popalać papierosy w cieniu palmy, to nie zdążą niczego kupić. Lepiej więc zapewnić relaksowe warunki w fabryce, instytucie lub sklepie, a przy okazji coś sprzedać. Osobiście nie mam nigdy nic przeciwko wożeniu wycieczek w takie miejsca. Jestem bardzo ciekawa życia ludzi innych kultur, którego nie da się poznać na riwierze i w muzeum. Kupować przecież nie muszę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jak opublikować komentarz?

Jeśli nie masz KONTA GOOGLE, to..można wybrać:

- NAZWA /ADRES URL - w..okienku NAZWA wpisać nick i w..okienku ADRES wkopiować adres swojego bloga.

- ANONIMOWY - w tej opcji proszę podpisać się w..komentarzu.

W komentarzu można stosować kursywę i czcionkę pogrubioną.