23 sierpnia 2010

Tunezja. Kolejką do Hammametu


        Zadziwiające, jak ze spokojnej rybackiej wioski, Hammamet zmienił się w kurort. Myślę, że przyczynili się do tego Europejczycy, którzy w latach dwudziestych ubiegłego wieku odkryli i docenili urok bursztynowych plaż. Obecnie pasmo hoteli ciągnie się wzdłuż wybrzeża  przez prawie dwadzieścia kilometrów zagospodarowanych terenów, skomunikowanych ze specjalną strefą turystyczną Hammamet Yasmine. Spośród innych miejscowości, które widziałam w Tunezji, wyróżnia się przede wszystkim czystością.
         
       Hammamet Yasmine już „opętlowany” na wszelkie możliwe sposoby, wszystkie kwiaty z MamaSmerfunią – miłośniczką i znawczynią roślin – obwąchane i omówione, pora na stary Hammamet. Do towarzystwa  dołącza słusznego wzrostu mężczyzna, co jest niewątpliwym atutem przy zapuszczaniu się w zaułki medyny.  Mianujemy więc pana  ochroniarzem i nieślubnym mężem wszystkich nas - żon w razie czego, choć jak się później okazało, najbardziej adorowana była przez mieszkańców Hammametu jego własna – prawdziwa żona. W roli wspólnego męża nam się więc wcale nie przydał. Za to przy zakupach babskich klapek okazał się niezrównany w swej cierpliwości...
       Tak więc niestrudzona grupa w osobach: Smerfetka –  specjalistka od targowania i tłumacz przysięgły naszej paczki, żona z mężem z centralnej Polski  i ja z siostrą, pod przewodnictwem obeznanej w terenie Mama Smerfuni wybiegamy na promenadę by złapać nadjeżdżającą właśnie kolejkę. Pan kolejkowy żąda zapłaty za bilet w obie strony. Nie ma sprawy. Przecież i tak musimy wrócić.

   Jakież było nasze zdziwienie, kiedy na miejscu ogłosił: powrót za 20 minut; na inne  kolejki bilet powrotny nieważny. Trudno... dwa i pół dinara na osobę jesteśmy do tyłu, strata niewielka, za to nauka na przyszłość.
W interesach, zanim się kasę z góry wyłoży,  trzeba żądać precyzyjnych informacji. W końcu nie oszukał. To myśmy dali się nabić w  przysłowiową butelkę. A zresztą ...

"Człowiek jest po to, by go oszukiwać" 

Tak było... i tak jest...





       Hammamet  - ten nieturystyczny -  zamieszkały przez Tunezyjczyków,  także sprawia wrażenie  miasta czystego. Pobielone domy ozdobione są, jak prawie wszędzie w Tunezji,  niebieskimi okiennicami. Niebieskie też bramy prowadzą na podwórka, a po białych murach z niebieskimi drzwiami  wspinają się kwiaty. 
Odwiedzamy  sklepy z przyprawami w poszukiwaniu harrisy, także obuwnicze. Kupujemy śliczne klapki - bez targowania. Nie ma  tu  atmosfery natrętnego handlu.

    Na cyplu, który rozdziela plaże północnego i południowego Hammametu wznosi się medyna.
Z oddalenia wygląda, jak zamek z piasku.

        Po przekroczeniu potężnych XV- wiecznych bram wkracza się w inny świat. Gdyby nie kramy z pamiątkami i zegarkami 'rolex'  można by pomyśleć, że czas się tu zatrzymał przed wiekami.
       Liczne drzwi domów ozdobione rybą lub dłonią Fatimy  – amuletami przeciwko złym urokom. Na końcu medyny, przy morzu usytuowany jest fort – Kasba  ze swymi szerokimi, nienaruszonymi zrębem czasu  murami obronnymi.
Z meczetu rozlega się azan – wezwanie na modlitwę. Tak bardzo siostra chciała usłyszeć, dobrze więc, że akurat trafiliśmy. W wąskich uliczkach medyny jest przyjemnie chłodno. Podziwiamy sposób, w jaki zbudowano tę starą dzielnicę, by słońce jego mieszkańcom nie dokuczało; rzucamy okiem na sklepy.
Azan ucicha...
Muzułmanie padają w modlitwie na kolana...
Przez szacunek dla modlących... wycofujemy się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jak opublikować komentarz?

Jeśli nie masz KONTA GOOGLE, to..można wybrać:

- NAZWA /ADRES URL - w..okienku NAZWA wpisać nick i w..okienku ADRES wkopiować adres swojego bloga.

- ANONIMOWY - w tej opcji proszę podpisać się w..komentarzu.

W komentarzu można stosować kursywę i czcionkę pogrubioną.