Kochani Dobroczyńcy!


Pięknie proszę o 1% podatku dla Patryka. Z góry serdecznie dziękuję. 

W formularzu PIT wpisujemy numer: KRS 0000037904
W rubryce „Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1%” podajemy: 
29257 Kowalik Patrycjusz

Informacja o Patryku na stronie fundacji dzieciom  „Zdążyć z pomocą”.

30 lipca 2011

Seniorka Halna "moim tulipanowcem"




       Czy na blogu można plotkować? No to... poplotkuję o kimś...

        Od samego początku jego istnienia odwiedzam blog Pani Halnej  http://halna.blog.onet.pl/  https://bloghalnej.wordpress.com/. Dzisiaj ucieszyłam się, że wróciła z Nałęczowa i znowu pojawiła się w necie.

        W sanatorium "Fortunat" - tym samym, w którym była Halna - spędziłam kiedyś Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Bardzo miło wspominam czas tam spędzony, chociaż zdecydowanie wolę Nałęczów na wiosnę, kiedy przyroda budzi się do życia. Wtedy wszechobecny zapach Pani Wiosny upaja mnie. A najpiękniej jest, kiedy na nałęczowskim tulipanowcu rosnącym w zaszczytnym miejscu  Parku Zdrojowego - przy głównej alei prowadzącej do pałacu - rozwijają się kwiaty.

       
Kto by pomyślał? Tulipany na drzewie...

       Pani Halna jawi się w moich oczach, jak ten tulipanowiec - drzewo-inżynier. Silnie zakorzenione,  po inżyniersku utrzymuje się w pionie na złość prawu grawitacji,  potrafi przeciwstawić się silnym wiatrom, a kiedy trzeba - dostosować do kierunku wiatru, by  podążyć za wyzwaniami czasu. Walczy o przestrzeń życiową, podnosząc i krusząc beton. Tulipanowiec nie tylko znakomicie potrafi wyszukiwać potrzebne do życia jony, ale także zdolny jest wpompowywać je do swoich komórek wbrew zasadom osmozy. Korzenie drzewa "myślą" nie tylko o sobie, by jedynie czerpać z ziemi, trzymać pion i fason, ale pomagają także przetrwać rosnącym wokół słabszym roślinom, oddając im nocą pożywienie i wilgoć. Dba jednocześnie o własne zdrowie i urodę... i tak pięknie kwitnie...

       Czekałam na  powrót Pani Halnej. Odprawiam taki  rytuał: poranna kawka z Panią Halną. A najciekawsze, że Ona o tym nawet nie wie. Nie wiedziała, do dziś, bo wreszcie zdradziłam się w komentarzu na Jej blogu. Doszłam do wniosku, że jeśli się kogoś podziwia, należy mu o tym powiedzieć.

       Podobnie, jak Pani Halna, też jestem babcią, chociaż sporo młodszą metrykalnie, to dużo starszą duchowo. Od Halnej uczę się pogody ducha, nowoczesności, patrzenia na świat, odnalezienia się w momencie, w którym zawodowo człowiek jest już  "nierynkowy" i  niepotrzebny, gdy raptem - z dnia na dzień - po przejściu na emeryturę - nie wie, co zrobić z nadmiarem czasu.

       Tak sobie myślę, że Halna, cudowna 80 - latka ma sposób na życie.  Może właśnie codziennie "zakłada liliowy kapelusz"?, nie zapominając jednak o lustrze, co widać na Jej fotografiach. I to jest piękne!
  
       
Suplement. 23 kwietnia. 

Uroczysta kawa

        
       Ależ  wczorajsza kawa była pyszna. Zawsze mi smakowała. Wczoraj jednak była wyjątkowa, bardzo uroczysta (otrzymałam e-maila, a w nim miłe i mądre słowa od  Pani Halnej). 

Uroczysta?

Jakież to bogate w znaczeniu słowo, jakby złożone  z  2 innych słów:

urocza ?

i...

czysta ?  


  • Jak czyste i urocze powinno być serce?
  • Jak czysta i urocza powinna być filiżanka?
  • Jak czyste kontakty między ludźmi na całej uroczej Ziemi?
  • Jak czyste intencje uroczej osoby?
  • Jak urocza i czysta w manierach, języku, wyglądzie, całym swym wnętrzu jest Halna?

Co też ja sobie wymyśliłam? Przecież w słowniku jest inna definicja słowa "uroczysta". Myślę jednak, że do porannej kawy z Halną -  może pasować ta moja definicja... 

Zapraszam Halna, kawa czeka. Uroczysta. 
Na smaczny początek każdego dnia.
Wszystkich zapraszam, o!

Wiwat strażacy




       Ogromnie mnie ucieszyła impreza w gminnej szkole opisana przez Bet. Wydaje mi się, że jedynie na wsiach i w małych miejscowościach bardzo silnie zakorzenione są tradycje strażackie, a strażak jest doceniony. Imprezy ze strażakami, konkursy, zawody pozwalają młodzieży nie tylko poznać zawód strażaka, ale także nauczyć się technik gaszenia pożarów w pierwszej fazie jego rozwoju, technik ratowniczych, a przede wszystkim uczą odpowiedzialności i troski o bezpieczeństwo w swoim otoczeniu. Jestem przekonana, że w gminach, w których organizowane są imprezy, jak ta opisana przez Bet, gdzie zdobywają umiejętności, rosną i pięknieją młodzi strażacy - ochotnicy, jak ten na zamieszczonej w poście Bet fotografii - profilaktyka przeciwpożarowa gości każdego dnia.
   
       Nie jest lekko strażakom, ciężka i trudna to służba,  dlatego tak bardzo w strażackim życiu, w pracy zawodowej, cenią sobie i lubią te nieliczne chwile, zdarzające się przeważnie raz w roku - w zielonym i pachnącym maju, kiedy są dni ochrony przeciwpożarowej i święto strażaka w dniu 4 maja. Kiedy to są docenieni, zauważeni. Otrzymują awanse, odznaczenia, wyróżnienia od przełożonych, dzieci ze szkół i przedszkoli przynoszą kwiaty, organizowane są uroczyste akademie, bale z fajerwerkami.



W dniu św. Floriana - patrona strażaków, 
chciałoby się zawołać pełnym głosem:


o strażacy,
jak wielka  i  ważna jest wasza misja
- służba dla drugiego człowieka. 
Strażacy! Ludzie ludziom potrzebni! 





       W tym  dniu świętują w galowych mundurach (oczywiście nie wszyscy, część czuwa przy samochodach ratowniczo - gaśniczych w gotowości do niesienia pomocy), mówi o nich radio i telewizja, piszą w gazetach. Wtedy dziękują za zauważenie, za docenienie ich wypełnianych w codziennym trudzie obowiązków, za wszystkie dobre i miłe ich dumnym sercom słowa.

   
Nie zapominają także oddać hołd
pamięci poległych strażaków  
   

   


       Z okazji strażackiego święta, jako emerytka - kumpelka po fachu  (na zdjęciu w ostatnim roku służby)życzę moim Koleżankom i Kolegom w służbie czynnej przede wszystkim zauważenia przez władzę i docenienia finansowego oraz spełnienia marzeń osobistych. Wszystko inne: zdrowie, rozum, fason, serce, odwagę, urodę... macie.  Życzę także nowej - lepszej ustawy o ochronie przeciwpożarowej. Takiej ustawy, która podniosłaby rangę tego zawodu i dała szersze uprawnienia strażakom w zakresie profilaktyki


       Mniej by było nieszczęść, gdyby strażak  miał większe uprawnienia, np. żądając likwidacji zagrożenia podczas kontroli firmy. By wydane przez niego zalecenia nie "krążyły" miesiącami od jednej instancji odwoławczej do drugiej, a tymczasem piec w fabryce wybuchał, albo dach hali na głowy ludzi się walił.


Wiwat PSP !



       W stronę Strażaków - Ochotników także kieruję ukłon. Bez nich Zawodowa Straż Pożarna nie dałaby rady.  To strażacy ochotnicy jako pierwsi, a często jedyni są wszędzie tam, gdzie daleko ma straż zawodowa. Na zabezpieczenie miasta także są wzywani w razie konieczności, by wzmocnić zawodową jednostkę ratowniczo - gaśniczą.


       Wiosna w pełni. Gdy tylko trochę podeschnie, zaczynają się pożary lasów, łąk, torfowisk, rezerwatów przyrody. Przyczyną tych pożarów zawsze jest człowiek - przeważnie turysta, albo pseudo-rolnik wypalający pozostałe z ubiegłego roku ścierniska i chaszcze na swoim polu. Życzę, by tacy turyści w waszych gminach nie gościli i tacy "rolnicy" w waszych gminach nie stacjonowali.


Wiwat OSP !

  

  
        

...a na balu strażackim też byłam i świetnie się bawiłam, o!

A chłopaki? Jak struny!

Powtórzę za Bet:   
no i jak tu ich nie kochać?

 ... że patetycznie miejscami? Tak czasem powinno być, o!


Perełka kresów wschodnich afrykańskim słońcem "okraszona"?




       Perełką kresów wschodnich nazywana jest przez odwiedzających miejscowość Horyniec Zdrój. Perełka - bo malowniczo położona. Kresy wschodnie - bo  przygraniczne położenie.

       Horyniec - bardziej znany przed II wojną światową, niż teraz. Wtedy to właśnie doceniono wyjątkowe właściwości horynieckich wód i lecznicze moce horynieckiej borowiny. Zjeżdżali tu licznie kuracjusze z Warszawy i Lwowa. Po latach wrócił do swej przedwojennej świetności. Znowu zaczęto doceniać znakomite borowiny, wody siarczkowo - siarkowodorowe, czyste powietrze (nigdy nie było tu żadnego przemysłu) i specyficzny mikroklimat. Baza hotelowa unowocześniła się, więc są warunki do wypoczynku i leczenia. Horyniec i okolice odwiedzają także artyści, organizując tu plenery malarskie i fotograficzne, warsztaty teatralne i taneczne.

      

Kościół Zdrojowy wybudowany w 1818 r.
Jest to dawna cerkiew grekokatolicka, która w roku 1947
została przejęta przez kościół rzymskokatolicki i w 1984 r. rozbudowana.
Ciekawa jest dzwonnica - brama wzniesiona również w 1818 r.



      
Teatr dworski, wybudowany przez Piotra Ponińskiego
w latach 1843 – 1848.   
W wyniku działań wojennych został dwukrotnie zniszczony.
Teatr odbudowano w latach 1965 – 73.
Obecnie jest siedzibą Gminnego Ośrodka Kultury.
Jest tu  przystanek ścieżki przyrodniczo - kulturowej.


  Spacer ścieżką jest bardzo przyjemny i nie da się zabłądzić, bo okolica świetnie oznakowana.


      


Zespół pałacowo – parkowy Ponińskich.
Wybudowany w latach 1905 – 1915
wg projektu architekta Teodora Talowskiego.
Po spaleniu w 1946 r. przez UPA,
pałac odbudowano i przekazano dyrekcji PGR.
Od 1968 r. znajduje się w nim sanatorium.  


             

    W parku pałacowym jest ścieżka zdrowia dla kuracjuszy

         

Piękne wejście do sanatorium (trochę zeszpecone zbyt nowoczesnymi skrzydłami szklanych drzwi)

 i przyjemny hol ze stylowym zegarem. 


       


Zalew na rzeczce Radrużka.
Fajnie zatrzymać się i poobserwować,
jak na powierzchni wody zwinnymi ruchami ślizgają się nartniki,
a w powietrzu ważki urządzają tańce.

  

W lasach otaczających zalew odnajdujemy
ślady stacjonowania   wojsk sowieckich
- pozostałości po ziemiankach.
  
   
  
  Pijalnia wód


  

  Zachód słońca oglądany z tarasu widokowego jednego z sanatoriów i ostatni rzut okiem na okolicę. Widać tu... ciszę...

       Tyle w ramach przybliżenia miejscowości, bo chciałam dziś napisać o fascynującym dniu tunezyjskim, właśnie w Horyńcu zorganizowanym. Zastanawiałam się, czy napisać o tym na blogu „Afryka moja”, czy tutaj.

       Co ma Horyniec do Afryki? Pewnie tyle samo, co ma piernik do wiatraka. Każdy pretekst do wyjazdu i poznania nowego zakątka naszej pięknej ziemi jest dobry. Tak więc przy okazji  organizowania dnia tunezyjskiego, poznałam nasz polski Horyniec Zdrój.

A było to tak.

       Zaczęło się w Tunezji. Jeden Tunezyjczyk mi powiedział, że my - Polacy zalewamy kuskus wrzącą wodą i kiedy już pod przykryciem "dojdzie" dopiero polewamy sosem. Tak jest mniej smacznie - stwierdził autorytatywnie. Jego zdaniem kuskus należy zalać od razu sosem i po 10 minutach można już jeść z różnymi mięsami, warzywami lub bez. Wypróbowałam. Nie doszło!

       W Tunezji bardzo smakowała mi baranina, której nigdy przedtem nie mogłam przełknąć. Może dlatego, że tam podają jagnięcinę, a baranki nie są hodowane na wełnę (tak jak u nas).  Po mojej babci, której kuchnię bardzo lubiłam pozostało trochę przepisów, w tym książka "Kucharz Wielkopolski" z 1892 roku. Dowiaduję się z tych przepisów, że (cyt.) "Aby mięso baranie było kruche i nie capiło, trzeba je owinąć w serwetę, umaczaną w occie i zakopać na parę dni w piasku w piwnicy". Trochę ten przepis zbyt piwniczny i na tym etapie przygotowywania mięsa przydałby się przepis bardziej nowoczesny. Marynaty, bejce? Jakie najlepsze? No i czym ten kuskus w końcu zalewać? Sosem? Czy wodą?

       Zaczęłam drążyć temat na forach internetowych. Ktoś dał przepis na bejce, ktoś podpowiedział „poduszkową” metodę dochodzenia kuskus. Od słowa do słowa i zrodził się pomysł zorganizowania dnia tunezyjskiego w Polsce. Opowiadania, slajdy, zdjęcia, wrażenia z podróży przy kuskus w jednym kotle, kawałkami mięsa z  liśćmi kapusty i marchewką, pływającymi  w  pikantnym sosie z papryczkami chili w drugim. Mięso ma być oczywiście kruche, rozpływające się w ustach i nie capić wełną, a kapusta wyśmienita - przesiąknięta miłym dla podniebienia smakiem.

       Zawiozłam do Horyńca baraninkę przygotowaną według przepisu zaczerpniętego z forum turystycznego, a nie z „Kucharza Wielkopolskiego” babci. Na miejscu przygotowałam kuskus metodą poduszkową. Trochę było problemów z podaniem jedzenia na gorąco, ponieważ szefowa kuchni nie chciała podgrzać mięsa w obawie przed salmonellą, czerwonką, gronkowcem, ptasią grypą i sama już nie wiedziała przed czym i co jeszcze wymyślić. Na szczęście interwencja przemiłego pana doktora - dyrektora zaprzyjaźnionego ośrodka  zdziałała cuda i szefowa wydała nawet uzdrowiskowe talerze oraz  łyżki i widelce. Dzień był bardzo udany, a baranina z kuskus wszystkim smakowała.
 
       Afrykańskim opowieściom nie było końca. Najpiękniejszą namalował niepełnosprawny chłopak, który przebywał w Horyńcu na rehabilitacji już parę tygodni. Wcześniej nie umawialiśmy się z nim. Sam przybył na wózku, gdy dowiedział się, o czym będziemy rozmawiać przy baraninie. Ależ on pięknie, potoczyście, interesująco i barwnie opowiadał o swoich przeżyciach z podróży (na wózku inwalidzkim) po Afryce. Pan doktor pokazał nam  Horyniec i okolice, a także poradził (w odpowiedzi na nasze pytania), co najlepsze na obolałe stawy oraz kręgosłup (oczywiście jego sanatorium) i tak tunezyjski dzień dał radość, relaks i pożytek wszystkim uczestnikom biesiady, a małe uzdrowisko z kresów wschodnich ogrzało się wspomnieniami spod afrykańskiego nieba. 

Koral z oceanu


10 października 2008



       W stawie na Wilczu ryby pląsały, jak na szafirowych falach Oceanu Indyjskiego. Nadmuchane delfiny, popychane wiatrem, jak prawdziwe pływały w tanecznych podskokach. Asia z mamą i tatą oraz ciocia Ola z córkami i synkiem urządzili sobie piknik na łące przy stawie. W pobliżu odpoczywał pies Lander. Dzieci Oli usadowiły się w domku na drzewie, nazywanym latarnią morską.
- Gorąco - prychnął Lander. Jedynie w stawie znajdę wytchnienie i poszedł popływać.
      
       Staw był usiany białymi nenufarami i malutkimi listkami w różnych odcieniach zieleni. Lazur nieba, bardziej intensywny, niż w inne dni, odbijał się w wodzie, dając wodnym roślinom niezwykłe tło. Ola w wielkim słomianym kapeluszu chłodziła wachlarzem z paproci rozpaloną twarz. Rodzice Asi leniwie przeciągali się na kocu, a Asia przeglądała swoją ulubioną książkę.  Ze stawu zaczęły dochodzić dziwne odgłosy, ale nikt z dorosłych nawet nie zauważył, że to Lander bawi się z prawdziwymi, a nie plastikowymi delfinami. Zaciekawiło to Asię, odłożyła więc książkę i poszła na brzeg stawu.
- Dzień dobry dziewczynko, jestem All, przedstawił się pierwszy delfin.
- A ja Ball, powiedział drugi. Zapraszamy do wspólnej zabawy. Wejdź do wody, nie zrobimy ci krzywdy.
       Asia wiedziała, że rodzice nie będą zadowoleni z kąpieli w zamulonym stawku, ale zaufała delfinkom i z radością weszła do wody. Nigdy przedtem nie widziała prawdziwych delfinów, a tu, na Wilczu trafia się taka okazja.
- Popływam z delfinami.  W razie czego Lander mnie obroni, pomyślała.
Gdy tylko zanurzyła nogi w stawie, natychmiast woda w nim wezbrała, pokazały się ogromne fale i stawek zamienił się w bezkresny ocean sięgający po horyzont. Odwróciła się za siebie, by sprawdzić, czy rodzice i ciocia Ola są na łące, ale oprócz skalistego urwiska niczego za nią nie było. Ani łąki, ani ludzi, ani domu cioci Oli. Stała na szczycie rafy koralowej, taka malutka i bezbronna wobec wielkości i siły oceanu. Wtem z wody wynurzył się All, a zaraz po nim Ball. Zobaczyła także Landera, kłapiącego zębami na latające ryby. Na widok ukochanego psa opuścił ją strach i niepokój.
      Rafa raniła jej  nóżki, usiadła więc na grzbiecie Alla, zaczerpnęła dużo powietrza i cała czwórka zanurkowała w głąb oceanu. Asia podziwiała bajecznie kolorowy świat podwodny, a delfinki opowiadały dziewczynce o koralowcach, które w ciągu dnia ukryte są w swych kamiennych fortecach. Nocą  zaś wyciągają swe czułki w celu zdobycia pożywienia. Wtedy są niebezpieczne. Traktując człowieka jako intruza, potrafią go poparzyć. Lepiej więc podziwiać rafy koralowe  z daleka.
Dopłynęli na samo dno oceanu, tam, gdzie panują wieczne ciemności. Delfiny zgubiły drogę.
       Przestraszyła się Asia, zmartwił się Lander. Długo błądzili po ciemnościach w poszukiwaniu drogi powrotnej, aż zobaczyli oświetloną aleję. To drobne, świecące rybki żyjące w głębiach Oceanu Indyjskiego oświetlały drogę. Świetlista droga doprowadziła do koralowego zamku. Mieszkał w nim bogaty i potężny władca podwodnego świata - Wielki Koral. Kiedy Asia stanęła przed jego obliczem, władca powiedział do dziewczynki:
- spełnię Twoje życzenia, jeśli obiecasz mi, że zostaniesz moja żoną, gdy skończysz osiemnaście lat.
- Chciałabym, aby rodzice mogli kupić na własność mieszkanie.
- Tak się stanie, powiedział Koral. A drugie życzenie? Dodał.
- Chciałabym, aby mamusia znalazła dobrą pracę.
- Dobrze, obiecał Wielki Koral. Możesz jeszcze jedno życzenie wypowiedzieć dziewczynko.
-  Żeby mój pies Lander już nigdy więcej nie chorował.
- Sprawię to, zapewnił władca podwodnego świata. Wracaj teraz do rodziców i cioci Oli razem z Landerem i  delfinami. Orszak świetlistych rybek wskaże wam drogę.

       Asia powróciła na łąkę, ze stawu wybiegł Lander otrzepując się z wody, zaś  nadmuchane zabawki - All i Ball znowu pływały po wodzie wśród białych nenufarów. Wkrótce rodzice Asi kupili własne mieszkanie, a mama znalazła pracę. Mijały lata. W dorosłość wkraczała Asia,  Lander wyrósł na wielkiego psa i wcale nie chorował. Swoje osiemnaste urodziny Asia wyprawiła na łące przy stawku na Wilczu.
       Rozstawiono stoły i grille, rozpalono ognisko. Gdy już przyjechali wszyscy goście, a ciocia Ola przyniosła urodzinowy tort ze świeczkami, w stawie woda zabulgotała i wyłonił się władca podwodnego świata - wielki i potężny Koral.
- Jesteś moja Joanno. Przyrzekłaś, że zostaniesz moją żoną.
- To prawda, przypomniała sobie Asia i zalała się łzami na myśl, że resztę życia spędzi na dnie oceanu.
Płakała i płakała tak długo, aż zmiękło serce Korala. Zwolnił Asię z danego słowa i wrócił tam, skąd przybył, pozostawiając w stawie na Wilczu swój orszak świetlistych rybek.

 
  


Żartem na serio z serii strażackiej



       Ciągle pada... Bądźmy jednak czujni... Ogień zawsze groźny!  Wprawdzie teraz bardziej boimy się wody, ale czerwony kur nie śpi.  A i częste burze nękają ludzi.

       Każdy ma swoje ognisko domowe. Czy to w pięknej willi, czy bloku wielkopłytowym, czy w siedlisku, czy małej chatynce... a nawet pod mostem w kartonach. A jak jest ognisko, to bywa też pożar.

       Jeśli ktoś mieszka w budynku bardzo wysokim, a w dodatku na dachu jest przekaźnik komórkowo - internetowy, to bardzo groźne są dla niego burze. Aby więc bez strachu i spokojnie przeżyć każde wyładowanie atmosferyczne, trzeba podczas burzy wypalać w piecyku poświęconą mąkę. Sposób ten z powodzeniem stosowano przed wiekami, ale nie było wtedy wieżowców i przekaźników, więc... chociaż to zabobon,  mąka pomagała.


       Któż nie lubi romantycznych wieczorów w blasku świec... Ale ogień świecy też ma swoje upodobania i pragnie  być wciąż żywy. Zgaszony całkowicie, może zechcieć się zemścić i powrócić z siłą niszczącą.  Dlatego przed zdmuchnięciem świeczki należy odpalić jej płomieniem piecyk gazowy czy kuchenkę lub papierosa, aby przedłużyć życie płomieniowi. Niektórzy wierzą, że dotyczy to także żaru papierosów i odpalają jeden od drugiego. Hi, hi…

       Pożar instalacji elektrycznej w rurkach podtynkowych dawne gospodynie domowe gasiły ciastem na pierogi.  Po odcięciu dopływu prądu czyli wykręceniu korków, wchodziły na wysoki stołek, odkrywały puszki i ciastem szczelnie zalepiały wloty - wyloty rurek. Odważne i pomysłowe!
Sposób naukowo uzasadniony.  


       Łańcuch wodny, to powszechnie znana taktyka gaszenia pożarów. Gdy wybuchał pożar, mieszkańcy biegli z wiadrami i od studni lub hydrantu do miejsca pożaru tworzyli  tak zwany „łańcuch wodny”.  Pewien kwatermistrz zacnej straży pożarnej, zupełnie nie znał się na taktyce gaszenia, a nawet  na strażackim sprzęcie, choć do jego obowiązków należała troska o wyposażenie strażaków i samochodów gaśniczych. Może był osobą z nadania politycznego i wiedza nie była mu potrzebna? Dowcipni strażacy podpuścili go, by w Komendzie Głównej Straży Pożarnych zamówił 300 metrów łańcucha wodnego, bo obecny jest już zużyty. Takie też zapotrzebowanie do Warszawy pan kwatermistrz wystosował.

 Czy są  jeszcze u nas  takie wiadra?


       W płonącym budynku strażacy znaleźli na tapczanie nieżywą kobietę. Jak się okazało podczas sekcji, nie zabił jej ogień ani dym, a proszek do prania, na którym spała całymi latami. Pełny tapczan!  W rocznej analizie pożarów znalazła się informacja: jedną z przyczyn śmierci w pożarach są zapasy proszku do prania.
Tak kończy się zbytnia zapobiegliwość gospodyń.