14 września 2011

Ukraina


14 września 2011

       O Ukrainie już pisałam. Tekst ma tytuł   „W Gorgony i Czarnohorę”.


       Po latach, nawet nie pamiętam ilu, znów przekroczyłam wschodnią granicę. Sprawnie i kulturalnie. Żadnej kolejki. Odprawa niemal z marszu. Poprzednio bywało inaczej.

       W czasach peerelu jeździło się do Związku Radzieckiego po rąbankę. Szczególnie przed Bożym Narodzeniem, bo oprócz mięsa, na święta kupowało się także ozdoby choinkowe, chałwę, cukierki na choinkę.
Fajnym czasem na „przemyt” były też dni przed Dniem Zwycięstwa. Z okazji tego święta mniej skrupulatna była kontrola graniczna. Dało się przewieźć bez cła nawet telewizor kolorowy, rower, kołdrę, no i przede wszystkim mocne lniane prześcieradła. Prześcieradła były „obowiązkowe”.

       Trafił się bardzo upalny maj. W torbie ćwiartka rąbanki.  Niektórzy to i połówkę świni taszczyli. Mięso oddzielone od kości, poprzekładane listkami pokrzywy, wszystko zawinięte w prześcieradła namoczone octem, żeby się mięso nie popsuło. W wagonie gorąco, ale wesoło. Ludzie piją lemoniadę (przynajmniej tak butelki wyglądają lemoniadowo), po której coraz weselsi się robią. Nagle pociąg zatrzymuje się przed samą granicą. Stoi godzinę, dwie, pięć, osiem, dziesięć, dwanaście...  Duchota. Nie wolno otwierać okien i drzwi.  Prześcieradła na mięsie wysychają. Jeśli nie zdobędziemy octu, nie będzie
schabowych, wędzonej szynki, domowej kiełbasy i pasztetu. Ale nie ma szans. Teren przygraniczny. Żadnych sklepów. Już nawet lemoniada nie poprawia nastroju. Jutro Dzień Zwycięstwa. Jak nas dzisiaj nie przepuszczą przez granicę, to postoimy dobę, jeśli nie będą świętować trzy dni.

       Pokazują się mundurowi na nasypie po obu stronach pociągu. Prędko wśród naszych zawiązuje się komitet negocjacyjny, zbiera do czapki pieniądze i udaje się na rozmowę z mundurowymi.
Tłumaczą coś, gestykulują, zapewniają, że my toże chcemy świętować, że  jutro Dzień Zwycięstwa i budiem doma wasze zdorowie pit, mięso nam się popsuje, a tam riebionki w Polszie czekają... etc... etc... Wreszcie ostateczny argument - ten z czapki.
Pociąg ruszył.
Razem z „pokrzywową” rąbanką przewiozłam wtedy przepiękne stare ramy do obrazów. Jak?  Zwyczajnie. Wystarczyło Lenina w nie oprawić i wiozło się bez problemu.  A jak po ramieniu klepali, mało medalu nie dali.


       A teraz? Aż dziw, że na granicy nikt nie pyta o ilość przemycanych spodni i gumy balonowej na handel. Wymienia się po prostu walutę na hrywny czy to w oficjalnym kantorze granicznym, czy u ”konika” stojącego przy drodze.

Bezkres nagiego krajobrazu ten sam.
Nie ma wiosek?
Nie ma miast?
Tylko droga i nic... No, niezupełnie. Są słupy i linie energetyczne psujące widoki.  Ale to wina Lenina.
Droga i bezkres...
Nowe stacje benzynowe.
Budowy i przebudowy z rozmachem. Dają radę? Bez pomocy Unii?

I bezkres...  I droga...
Dobra droga... na Euro 212.










... i bezkres, i przestrzeń...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jak opublikować komentarz?

Jeśli nie masz KONTA GOOGLE, to..można wybrać:

- NAZWA /ADRES URL - w..okienku NAZWA wpisać nick i w..okienku ADRES wkopiować adres swojego bloga.

- ANONIMOWY - w tej opcji proszę podpisać się w..komentarzu.

W komentarzu można stosować kursywę i czcionkę pogrubioną.