18 grudnia 2014

Komu prezent, komu?

Według mojej teorii, każdy prezent dobry, jeśli jest trafiony. Musi po prostu wstrzelić się w upodobania i potrzeby, albo marzenia obdarowywanej osoby.


       Pewna dziewczynka po każdych świętach ciężko chorowała, bo nieświadoma zagrożenia ze strony bliskich, zjadała słodkości przynoszone jej przez ciocie i wujków, którym przecież ufałaRodzicom natomiast trudno było odbierać dziecku prezenty w dniach wyjątkowych, magicznych. Czy aż tak wiele trudu kosztuje zapamiętać informację powszechnie znaną w rodzinie i wśród przyjaciół, że mała nie toleruje laktozy i trzeba wybierać dla niej smakołyki bezmleczne? Nie sztuka kupić pięknie zapakowany, skrzący się celofanem w złote gwiazdki gotowy zestaw. Czy - w szale zakupów - pomyślano o potrzebach tej dziewuszki? Raczej egoistycznie o sobie, by czuć się hojnym  i w świąteczny czas błyszczeć we własnych oczach, o! 




       Półki w moich szafkach uginały się od różnych przedmiotów, które otrzymałam w prezencie. Pomimo, że były niepotrzebne i bardzo mi przeszkadzały, latami pielęgnowałam je. Odkurzałam, myłam, wycierałam, prałam...  Pewnego dnia cały prezentowy majątek umieściłam w specjalnie zbudowanym pawlaczu. Na nic! Jeszcze gorzej!  Odkurzanie w pozycji drabinowej niewykonalne. Wdrapywanie się pod sufit, by przegonić pająki i koty, stało się zmorą. Nie jestem przecież wiewiórką, by sprawnie funkcjonować na wysokościach.
Udręczona „łapaczami” kurzu i pająków, popakowałam prezenty w kartony /przez kilka dni znoszone z marketu/ i wyniosłam do piwnicy. Pawlacz zaś potraktowałam piłą i siekierą. Kiedy już piwnica zaczęła pękać w szwach,  z wielką przykrością wywaliłam wszystko na śmietnik. Czego tam nie było... Od ekspresów do kawy, poprzez maskotki, czajniczki, tacki, podstawki, korale, kolczyki, puzderka, rajstopy /nie noszę, bo uczulają mnie/, apaszki i bluzki /do ciała mogę przytulić tylko nieliczne rodzaje tkanin/, obrazy, ramki, świeczniki, flakoniki... aż po  rękodzieła.  Te ostatnie lubię. Potrafię  docenić wkład pracy i serce włożone w wykonanie. Cóż z tego, skoro każdy kolejny bibelot - w kompozycji z posiadanymi - często przestaje zdobić. Trudno jest zadowalająco zmieniać cudze entourage dziełem sztuki z innej bajki.




       Napisałam listy do Mikołaja, by ewentualne prezenty - zamiast do mnie - kierował do potrzebujących. Nie posłuchał! Przyniósł kosmetyki, jakich nie będę używać.  Sam jakiś kolagen do twarzy wart około 200 zł.  O cenie pozostałych nie wspomnę, bo na wysokich półkach nie znam się. Tak więc Święty Mikołaj okazał się dla mnie Wielkim Kłopotem, bo zobowiązanie mam, a smarowidła i tak wyrzucę. Przede wszystkim jednak gnębi mnie, że tyle dobra za takie pieniądze można było uczynić...

Drogi Mikołaju! Proszę, zadawaj sobie trud i przeprowadzaj akcję wywiadowczą, skoro zadaniem twoim jest obdarowywanie. Masz przecież wielkiej piękności armię elfów do pomocy.

A ja? Cóż ja... Niezmiennie lubię chałwę i podróże, o czym każdy zainteresowany elf wie.  Jeśli już muszę otrzymać prezent, to aktualnie marzę o koszyku na cebulę i latarce na dynamo. 

A  T U T A J  można się dowiedzieć, o czym marzą  niezwykłe Damy i nietuzinkowi Kawalerowie. Mikołaju! Czasu już mało do świąt. Spiesz do najmocniej ciebie oczekujących!



Posiaduszkowiczom stałym 
oraz
Gościom przelotnym i przejezdnym
życzę magicznych Świąt Bożego Narodzenia,
trafionych prezentów,


pomyślności w Nowym 2015 Roku.


10 grudnia 2014

Zamieszajmy!


       Chałwianki i Chałwianie wiedzą, że z całego jedzenia na świecie najlepsza jest chałwa. Nie tylko pieści kubki smakowe, ale sprzyja miłości oraz wzmaga potencję potrzebną do pieszczenia innych zakamarków ciała. Jest po prostu afrodyzjakiem, o czym już starożytni Grecy wiedzieli. Tunezyjczycy sprzedający chałwę nawołują polskich turystów słowami „wiagra dla szwagra!”. Wiedzą, co mówią.

Chałwa produkowana według dawnej receptury - z mielonych nasion sezamu - jest bardzo zdrowa. Łatwo się trawi, ma potas, magnez, proteiny, błonnik. Nie zawiera cholesterolu i substancji konserwujących.
Można jeść bez żadnych dodatkowych zabiegów kulinarnych, ale smaczna jest także pokrojona w plastry skropione cytryną i posypane cynamonem. Dodatki te znakomicie podkreślają orzechowy smak chałwy. Pamiętajmy, że cynamon także bilansuje/obniża cukry w organizmie.

Dobra jest z lodami i owocami albo krystalizowana przez dziesięć minut w piekarniku. O tortach chałwowych nie wspomnę. Mniamm...
Ileż można jednak jeść na sucho? Zdałaby się jakaś chałwówka, o!



Tak sobie pomyślałam, żeby rozgniecioną widelcem chałwę umieścić w misce na garnku z parującą wodą. Dodać mleko skondensowane i mieszać dotąd, aż się składniki połączą. Potem nieco ostudzić i blenderem rozbić ewentualne pozostałe grudki. A jak jeszcze bardziej ostygnie dolać wódkę albo spirytus w odpowiedniej proporcji z wodą. Czy to się harmonijnie połączy? Czy wskazane szybkie mieszanie jakimś urządzeniem, czy lepiej delikatne palcem albo łyżką? Jakie proporcje wymienionych składników?

Takie i inne /które nie przyszły mi do głowy/  pytania kieruję do wszystkich, co potrafią namieszać, zamieszać, pomieszać, bełtać, integrować, kombinować, związywać, przyprawiać, scalać, tonować, ważyć, mierzyć, przerabiać, dosalać, słodzić, dopieprzać... etc... etc...
Może wspólnymi siłami stworzymy przepis na napój chałwowy z procentami?  A co?! Niech i chałwa - ta miłosna słodycz - daje kopa także innego rodzaju. Chociaż od święta, o!


A wielkie przedświąteczne zalewanie jest  T U T A J.

W przerwach technologicznych robimy „Robótkę”. Przepis  T U T A J.

1 grudnia 2014

Taki mamy klimat


Śnieg przysypał góry liści. A to drań! Nie mógł poczekać na jesienne porządki?





Trzeba liście zebrać,  aby śnieg równo leżał,  jak dopada. Do roboty „Kopciuszki”! Przebieramy! Płatki śniegu zostawiamy a liście na furę! A może śnieżynki na prawo, listki  na lewo, a środek do zagospodarowania? Segregacja musi być!




Co? Zimno? Ręce w kieszeniach? Maszerowaniem się rozgrzewamy?  Nie ma lekko, taki mamy klimat.







No, to, wio! Nie zapomnijcie w maju przyjechać po śnieg.




Włodarzom miasta Chełma polecam kalendarz czynności gospodarskich. Można znaleźć  na blogu Wachmistrza.

28 listopada 2014

Ludzkim człowiekiem niełatwo być, o!

Jak być? Jak żyć? Oto są pytania prawie hamletowskie.



       Czasami wydaje mi się, że nie potrafię zrozumieć, nie chcę podjąć wyzwania na rozmowę z ludźmi, którzy mają problemy dla mnie obce i trudne do rozwiązania. Może boję się, że nie będę w stanie pomóc? A może nie wyobrażam sobie, jak można być takim, a nie innym, czyli nie takim, jak ja? Czy nie patrzę czasem na drugiego człowieka z pozycji własnego pułapu?

- Jestem panem na stanowisku - no to s....j dziadu!

- Mam nogi, jak sarenka, na dodatek zdrowe - bez żylaków oraz haluksów i pomykam w modnych szpilkach - no... to... jak ta Kowalska nie wstydzi się chodzić w takich rozczłapanych ortopedach?

- Radzę sobie w sprawach materialnych - no... to... dlaczego ta łajza i sierota boża nie potrafi zarobić?

- W ogóle i w szczególe jestem orłem, którego wzorzec - jako jedynie słuszny - został zatwierdzony przez Generalną Konferencję Miar i umieszczony w Sevres pod Paryżem. No... to... wyśmiewam i poniżam słabsze wróblowate ośmielające się ćwierkać na inną nutę.

Na niektórych forach komentatorskich widzę, że od durniów i nieuków wyzywa się osoby, które mają inne zdanie, inne spojrzenie, inaczej czują i myślą lub są mniej sprawne od „orła” ich oceniającego. Na szczęście ci wyzywający innych są w mniejszości. Przynajmniej ja trafiam w większości na życzliwych, wspaniałych ludzi. Tacy byliby może wszyscy, gdyby tylko ktoś z nich dobroć, życzliwość, wyrozumiałość, tolerancję i wielkoduszność wykrzesał, a jakiś przewodnik wskazał słoneczną dróżkę.

       A szacunek dla drugiego człowieka? Zastanawiam się, czy należy się obligatoryjnie każdemu, czy trzeba sobie na szacunek zasłużyć? Jak to jest? A dawanie radości innym? Jak odgadnąć, czym można uradować, a czym urazić? To kwestia taktu, umiejętności odgadywania potrzeb innych, czy znajomości psychologii? Skąd czerpać taką wiedzę? Wysysa się z mlekiem matki, czy nabywa się? A reakcja na kłopoty innych ludzi? Gdzie jest granica między życzliwą radą, a natrętnym wtrącaniem? Czy wyjść naprzeciw, czy może lepiej uciekać?

Edyp uciekał przed przeznaczeniem. Faust przed starością. Nie uciekli. My uciekamy przed odpowiedzialnością, przed wyborem, przed odpowiedzią na pytanie o dobro i zło. Uciekamy przed głośnym powiedzeniem „tak” i uciekamy przed głośnym powiedzeniem „nie”. Uciekamy przed samotnością, godząc się na byle jakie przyjaźnie. Uciekamy przed ośmieszeniem, pędząc jak owce za innymi. Uciekamy przed bólem, opuszczając cierpiących. Uciekamy przed strachem, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

Pewien człowiek nieustannie zmieniał miejsce zamieszkania. Przeprowadzał się rok w rok. Uciekał z poprzedniego domu i zaczynał życie od nowa. Kiedy był już stary, zrozumiał, że to na nic. Choć porzucał wszystko i wszystkich, nie mógł  rozstać się z jednym - z samym sobą!


       Wszyscy pokrywamy świat freskami cywilizacji. Fresk jest jedną z najtrudniejszych sztuk. Trzeba uważać z tym malowaniem, bo gdy odpadnie zbyt słaby tynk, to mogą ukazać się rysunki małp.



25 listopada 2014

Kubuś Puchatek czy Miś Uszatek?


       Po gorączce wyborczej, w mediach odżyła sprawa Kubusia Puchatka. Filmik o misiowych problemach był w poprzedniej notce. Zamieszczam ponownie, ale z ciekawym komentarzem kolegi blogowego.






Klateracje
24 listopada 2014 r.
/.../ Spór o obcego naszym tradycjom (he, he!) angielskiego, tego dżenderowego (hi, hi!) dziwolągu zakończyłbym propozycją kompromisu: nazwać owo urocze miejsce imieniem Misia Barei!
dixi et salvavi animam meam


Brawo Andrzeju - Art Klaterze!



A ja zastanawiam się, czy reżyser Stanisław Bareja był wizjonerem i w swoich filmach pokazywał także paradoksy przyszłej III RP, czy to III RP czerpie scenariusze z jego filmów?

17 listopada 2014

Wybory, wybory... i po wyborach

- wybory samorządowe 2014.




Proponuję niezawodne
liczydło z przedszkola.

     Wstydzę się i świecę uszami oraz klawiaturą. Od rana dokuczają mi znajomi z Afryki, naśmiewając się z polskiej Państwowej Komisji Wyborczej i ogólnie z Polski. 

To niebywałe i niewiarygodne, żeby w XXI wieku, w trzy... co najwyżej cztery godziny /no, niech będzie pięć godzin/ nie policzyć głosów i nie przedstawić pełnych wyników wyborów. W niektórych terytorialnych komisjach wyborczych w czternastej godzinie przeliczanie jest na poziomie zaledwie kilku procent. 

Powód? Awaria systemu informatycznego!



       Może wystarczyliby gimnazjaliści z klas komputerowych albo - do liczenia ręcznego - dzieci z podstawówek. I tak wiele komisji lokuje się w szkołach, więc?

Nie dam rady nic więcej napisać, bo się rozpuknęłam ze wstydu, o!



Aktualizacje:

  • Po 18 godzinach - dalej NIC! Państwowa Komisja Wyborcza obraduje.
  • W dziewiętnastej godzinie - Państwowa Komisja Wyborcza ogłosiła, że: albo policzy się ręcznie, albo system komputerowy się naprawi. Czyli co? W dalszym ciągu NICO?
  • Minęły 24 godziny od zakończenia głosowania! Pełnych wyników BRAK! Niektóre komisje wyborcze zawiesiły swoje prace do następnego dnia do południa.
  • Konferencja prasowa w 25 godzinie. Pełnych wyników wyborów samorządowych nie podano. Magicznego słowa PRZEPRASZAMY nie usłyszałam. Państwowa Komisja Wyborcza wyraziła nadzieję, że komisje wyborcze w terenie jednak nie poszły spać, zaś te, które zawiesiły działania, przynajmniej w połowicznym składzie stawią się do pracy bez użycia przymusu bezpośredniego.
  • 18 listopada, przed godziną 11Wyników wyborów BRAK.  System informatyczny jest w pełni sprawny, choć są problemy z logowaniem. Znaczy... co? Sprawny choć nie funkcjonuje? PKW nie potrafi powiedzieć, czy wszystkie komisje w terenie wróciły do pracy.   Sekretarz PKW nie rozumie, skąd wziął się szum. Toż dopiero wtorek rano mamy. Wieczorem możliwe podanie oficjalnych wyników głosowania. 
  • 18 listopada wieczorem. Państwowa Komisja Wyborcza nie poda dzisiaj oficjalnych wyników głosowania.
  • 20 listopada. Okupacja siedziby Państwowej Komisji Wyborczej. PKW podejmuje uchwałę o przerwaniu pracy.
Zliczanie głosów w terenie  trwa, a tymczasem czekają "poważne" problemy do rozwiązania: 



Dopisek z dnia 22 listopada.

Cały skład Państwowej Komisji Wyborczej podał się do dymisji.

Oficjalne wyniki  podano 22 listopada wieczorem.



8 listopada 2014

Pan Listopad Niezwyczajny 3

Wspominam ciepłe listopady...



2008 rok.

       Zauważyłam, że po ciszy letniej spowodowanej karmieniem piskląt, wraz z nadejściem jesieni, wiele ptaków znowu zaczyna śpiewać. Ale żeby w listopadzie dawać w lesie koncerty? Dokładnie 2 listopada podczas spaceru po lesie Borek można było posłuchać śpiewu nieznanego mi ptaka.  Jakby się nie nazywał, to jego świergot w jesiennej scenerii - w mozaice barw usychających liści, ścielących się pod nogami szeleszczącymi kobiercami, brzmiał imponująco.



       Po takim kobiercu, w asyście listopadowego śpiewaka, szłam z siostrą na „Patelnię” w Chełmie - miejsce masowych egzekucji  jeńców  Stalagu 319 - dokonywanych przez Niemców podczas II wojny światowej. Przy dróżce przecinającej las, około pół kilometra od cmentarza, na którym pochowani są nasi rodzice znajduje się trochę zapomniany, skromny pomnik. Uznałyśmy z siostrą, że tak piękna jesień w połączeniu ze Świętem Zmarłych to dobra okazja do odwiedzenia w lesie miejsca straceń 50 tysięcy ludzi. Takie połączenie chwili zadumy z przyjemnością obcowania z przyrodą, nacieszenia się ostatni raz w tym roku ciepłem, słońcem i barwami...

       To była także okazja do uświadomienia sobie, że jesień to nie tylko przyjemne dla oka barwy, ale także symbol przemijania i czas przygotowania się do zimy. Zwierzęta robią zapasy w swoich spiżarniach. Ludziom, w dobie supermarketów we wszystko zaopatrzonych przez cały rok, pozostaje kumulować energię, jaką z pewnością dają drzewa i słońce. Przez konary przebijały się refleksy słońca tak silne i oślepiające, jak latem. Malowały na dywanach z liści złotą osnowę, lub świetliste plamy, a nas grzały... grzały... grzały!






2010 rok.

Lato, lato, lato wszędzie! Zwariowało, oszalało moje serce!

        Z refrenem piosenki na ustach udałam się na listopadowy spacer. Letni - powiedziałabym - spacer. Temperatura plus dziewiętnaście na termometrze wiszącym na północnym oknie. Taki dzień nie tylko trzeba prze-chodzić... prze-szaleć... prze-żyć w słońcu...
Taki dzień trzeba także uwiecznić na fotografii. Żadna tam ze mnie fotografka, ale kadrując podpatrzę to, czego latem w Chełmie - osłoniętym  zielenią drzew - nie widać.


Brukowaną uliczką udaję się na Górkę zwaną także Górą Zamkową albo Katedralną. Odwracam się z sentymentem, bo tam... w dole... na małym skwerku obok żółtego budynku (kiedyś był inny - czerwony) umawiałam się z chłopakami.


Trawa się zieleni, słońce się do mnie uśmiecha, a ja przypominam sobie tę historię "randkową"  z czasów podstawówki. Kiedy w towarzystwie koleżanek przybyłam na miejsce spotkania, okazało się, że kolegów jeszcze nie było. O nie! My pierwsze jesteśmy? To nie uchodzi! To ujma dla dziewczęcego honoru!  Wdrapałyśmy się tutaj i zza drzew obserwowałyśmy, czy koledzy nadchodzą...


 

A chłopcy? Oni usadowili się piętro wyżej. Zaśmiewając się obserwowali nasze poczynania z widocznego za drzewami wzniesienia zwanego Wysoką Górką.



Oto zdjęcie Wysokiej Górki z 2009 roku: 


Turkusowe niebo mówi, że listopad wtedy też był wyjątkowy. 
Dziś już nie ma tych kasztanowców. Zostały wycięte. 


2014 rok.

       Znowu ciepło i Pan Listopad Niezwyczajny. Ach, jak lubię słońce... Mogę spacerować godzinami... W tym roku jednak widoki psują bilbordy wyborcze. To i ja wywieszam swój dyżurny plakat, o!  Także niech szpeci. A może przejdzie do historii Listopada Niezwyczajnego?


Kopiowanie i rozpowszechnianie dozwolone.

PS. Czy prawy panel na tym blogu się rusza/podskakuje, czy to ja mam oczopląs?

1 września 2014

Polecam wspomnienia Nestorki polskiej blogosfery


1 września 1939 roku wybuchła II wojna światowa. 


„Jednak już od połowy sierpnia 1939 roku zrobił się duży ruch na drogach. Mieszkaliśmy wtedy na przedmieściu Pułtuska. Rzędy furmanek załadowanych dorobkiem, krowy i psy uwiązane do wozów. Na wozach małe dzieci i starzy schorowani ludzie oraz prosiaki i drób w klatkach. Wszyscy jechali..." Tak rozpoczyna swoje wspomnienia Blogerka Halna. https://bloghalnej.wordpress.com/

20 sierpnia 2014

Z patriotycznym żarem, Rodacy!

Jak akcja, to na całego!


       Jabłuszka, jabłuszka, jabłuszka pełne snu... Także pieczone i smażone, i duszone, i w szarlotce, i w racuchach. Ale... ale...  Jak robić na złość Putinowi, to na całego, o!  Rozszerzam więc „akcję antyputinowską”. Kto nie ma, pędzi do sklepu po kuchnię węglową, następnie na skład opału, gdzie kupuje co najmniej pięć ton polskiego czarnego złota zalegającego na hałdach i dopiero przystępuje do przerobu rodzimych jabłek. Jeśli nie wybudowano w domu komina, a jedynie zainstalowano wrogie rury gazowe, można na podwórku umieścić piecyk zwany kozą i na nim postawić gar z jabłuszkami. Trzeba tylko zwrócić uwagę, by koza chińska nie była, a cukier nie czeski. Dodatki w postaci - niezgodnych ideologicznie - cynamonu i wanilii zabronione.

       Nie ma lekko i wygodnie! Nie może to być, żeby jabłkowy przerób na rosyjskim gazie się odbywał. Co to za akcja, która także zapełnia skarbce rosyjskich oligarchów? Jak ma być patriotycznie, to od A do Zet, a nie jakoś tak - dziwnie - na pół gwizdka.

Jeśli węglowa kuchnia będzie z płaszczem wodnym, to przy okazji nasza kąpiel wzniesie się na wyżyny patriotyzmu, kiedy już się patriotycznie naszuflujemy patriotycznego węgla dającego patriotyczny żar do patriotycznego przerobu antonówek.

Do dzieła, Rodacy!





Dopisek.

UWAGA na skażoną genetycznie szarlotkę! Wikipedia podaje, że antonówka jest odmianą jabłoni pochodzącą z Rosji.  


9 lipca 2014

Tunezja 2014, część 3

Kwiat Paproci i Bella Rosa


Znalazłam kwiat paproci. Wcale nie biały, jak napisał Jonasz Kofta,
a śpiewały Alibabki:



Mój kwiat paproci jest żółty, bo to najważniejszy kolor wakacji. Kojarzy się przecież ze słońcem. Słoneczny i piękny, jak cudne jest lato. I kwitnie przez wiele dni i nocy, o! Ciekawe, czy to napięcie w przyrodzie podczas burz, które nawiedziły Tunezję, wpłynęło na kwitnienie tej rośliny? Jak w legendzie o perunowym kwiecie?




   


Tą ścieżką chadzałam na plażę.
      Po gradobiciu, burzy i prawie całodniowym deszczu niebo z morzem stało się lazurowe, jak na fotografiach w katalogach i banerach reklamowych.  Zaświeciło słońce, o jakim każdy marzy. Takie, które nie pali, tylko grzeje.  Codziennie rano zaglądało do hotelowego pokoju i zapraszało na plażę, zanim zaludni się turystami. W ogrodzie krzątali się ogrodnicy, rozciągając żółte węże do podlewania trawników. Pozdrawiali mnie serdecznie, okazując zdumienie, że już nie śpię.


       Lubię na plaży czas zaraz po wschodzie słońca. Sam na sam z morzem wycisza, dodaje siły, odmładza... Tak więc muszę teraz zmienić swój PESEL.
Tą wczesną porą miałam też trochę roboty na plaży, ponieważ morze wyrzucało kubeczki i worki foliowe, które zaburzały moje poczucie estetyki. Także nie dawały w pełni napawać się kolorami morza oraz przeszkadzały w podsłuchiwaniu morskich opowieści.

- Bella Rosa - nazwał mnie jeden z panów plażowych.
  
  
Wyraził też ochotę na małżeństwo ze mną. Wcale się nie dziwię, bo taka robotna „Roza” to skarb, szczególnie dla leniwego Araba. To przecież "kobieta jest wielbłądem, który ułatwia mężczyźnie przejście przez pustynię życia”. Zamiast wypoczywać, zbiera śmiecie na prywatnej plaży 5 gwiazdkowego hotelu sieciowego, podczas gdy jego załoga  dzielnie „pracuje” pod parasolem. 
Może trzeba ich nauczyć? Pomyślałam.

- Messieeeeeeeeurs!  Do roboty!  I pokazuję stos zebranych przeze mnie worków i połamanych kubeczków.

- To natura! Morze dało! Stwierdza hotelowy pracownik. 

- Wczoraj otrzymało to, co na kupki zgrabiliście, a dzisiaj odesłało do nadawcy - odpowiadam, po czym  ujmuję  pana za rękę  i zmuszam do podniesienia śmieci plączących się pod jego nogami oraz tych przeze mnie zebranych. Przypominam też przysłowie arabskie: "Kto chce coś zrobić, znajduje sposób, kto nic nie chce robić, znajduje wymówkę".
Przybiegają z workami inni pracownicy. Robota wre! Od tej chwili nasza plaża zawsze była czysta.

Ach... Jak dobrze...


Teraz niech każdego dnia o wschodzie słońca morze szemrze mi swoją historię, złocisty piasek wdzięczy się do fotografii, a wiatr przynosi orzeźwienie zamiast worki foliowe...  

2 lipca 2014

Tunezja 2014, część 2

Grafitowy spektakl Morza Śródziemnego



1

2

3

4

5

6

7

8


              Słowa w tej notce są zbędne. Niech szaleje wyobraźnia Posiadoszkowiczów, którzy zechcą obrazy obejrzeć. Od siebie napiszę tylko, że poza przycinaniem i poziomowaniem /żeby morze nie spłynęło z bloga/, nic przy zdjęciach nie majstrowałam. 

28 czerwca 2014

Tunezja 2014, część 1

Powitalny reportażyk


Klikiem można zdjęcia powiększyć.



Szczęśliwie "wodujemy" na terytorium
Vincci Taj Sułtan w Tunezji.


Po białym mostku, pozdrawiając kwitnące krzewy, 
schodzimy na twardy grunt.



Twardy dosłownie, bo marmurowy. Na dodatek prawie sięgający nieba.


Ekipa Sułtana wita nas koktajlami. Nie! Nie! Nie koktajlami Mołotowa.


Także zaprasza na obfity posiłek. 
Mnie najbardziej interesuje bufet z chałwą, ciastkami i owocami.


Nasyciwszy podniebienie i brzuch do woli, wspólnie z Garbatym wyruszamy na badania naukowe. Trzeba określić kolor piasku i temperaturę wody w morzu 
oraz ogarnąć wielbłądzim okiem szerokość i długość plaży.



Ciepłotę wody mierzy się metodą "na bosaka", 
ale plaży długiej i szerokiej nawet okiem sokolim nie zmierzysz.



Ekspedycja naukowa orzeka: wszystko gra!
Można spać spokojnie, o!

A wygodne posłania zachęcają...



A... nazajutrz...



Grafitowy wschód słońca nie wróży nic dobrego.
Nadchodzi gradobicie,


po którym w strugach deszczu udajemy się na poszukiwanie kozaczków na wypadek ataku zimy.


Są! O! Jak dobrze!


Ciepły szalik też może się przydać...
Stwierdzamy, że sklepy tunezyjskie zaopatrzone są także w towar przydatny w ekstremalnych warunkach.


Teraz można ponownie zbadać plażę.  


Po deszczu, na plaży wyrósł grzybek, 
a morze znowu stało się lazurowe.
To dobre znaki!

Dalszy ciąg wkrótce...