4 lipca 2010

XIII Festiwal Teatralny dla Przedszkolaków „Lalka i ja”



Główna nagroda na XIII Festiwalu Teatralnymdla Przedszkolaków „Lalka i ja” w Warszawie.


Specjalne wyróżnienie dla autorki scenariusza 
mgr sztuki Grażyny Muszyńskiej
za dobór utworów i aranżację muzyczną
oraz pierwszą w historii tego festiwalu formę inscenizacji kabaretowej.

       Utwory, w większości w oryginale Jana Brzechwy oraz różne wiersze i piosenki przetransponowane na potrzeby określonej scenki, a także wymyślone rymowanki. Wszystko tu jest możliwe i dozwolone, a bajki są poplątane. 

Osoby:
Konferansjer. Jan Brzechwa. Strażacy. Pies. Ptaki. Czerwony Kapturek. Gajowy. Zła Królowa. Krasnale. Sum. Zero. Jedynka. Stonoga /wszystkie dzieci/. Królewna Śnieżka. Zwierciadło. Harry Poter. Kotek. Pan Doktor. Kłamczuchy. Recytatorzy. Echo.

Śpiew na melodię piosenki B.Łazuki „Zimny drań”:

Dziś spotkaliśmy się tutaj,
By przyjemnie spędzić czas
Bo wesoło poharcować
Ma ochotę każdy z nas.
My jesteśmy jeszcze młodzi
Więc nie miejcie nam za złe
Nie plotkujcie
Jeśli coś nam nie powiedzie się
Więc zapraszamy
Wszyscy wraz
Piosenką dziś witamy was
I chociaż tremę mamy
To głośno przyrzekamy
Spędzicie z nami miło czas
I chociaż tremę mamy
Serdecznie zapraszamy
Kabaret „Fru - Fru”
Wita was.

Konferansjer:
Doczekaliśmy się czasu
Kiedy wiele jest hałasu
Bajki nam się poplątały
Spisywane przez wiek cały

Śpiew na melodię „Kto na ławce wyciął serce” Czerwonych Gitar:

Jest reforma w Europie
Duże zmiany w naszym kraju
Co... to będzie... co ?

Nic dziwnego
Że w tym świecie
Również bajki się zmieniają
Co... to będzie, co ?

Komputery i komórki
Si DI Romy, Di Wi płyty
Co... to będzie... co ?

Nic dziwnego
Że w tym świecie
Również bajki się zmieniają
Co... to będzie, co ?

Refren:
Tak bardzo bajki kocham
A ty bajko nie chcesz mnie
Za tobą ciągle szlocham
Powiedz mi dlaczego zmieniasz się?

Jan Brzechwa:
Imię moje Jan
A nazwisko Brzechwa mam
I wam powiem drodzy moi
Rzecz się dzieje niesłychana
Bajka ciągle jest kochana

Kłamczucha 1:
Proszę pana, proszę pana
Inna rzecz jest niesłychana
Zamiast deszczu u sąsiada
Dziś padała oranżada
I w dodatku całkiem sucha
Jan Brzechwa:
Fe, nieładnie! Fe, kłamczucha!

Kłamczucha 2:
To nie wszystko proszę pana
U stryjenki wczoraj z rana
Abecadło z pieca spadło
Całą pieczeń z rondla zjadło
Jan Brzechwa:
Fe, nieładnie! Fe, kłamczucha!

Kłamczucha 3:
Proszę pana, niech pan słucha
Po południu na zabawie
Utonęła kaczka w stawie
Pan nie wierzy? Daję słowo!
Sprowadzono straż ogniową

Śpiew na melodię „W Kwaśniewicach stanął w ogniu dom”)

Na zabawie stanął w ogniu staw
Na zabawie stanął w ogniu staw

Jedzie, jedzie straż ogniowa
Trąbka gra
Pan komendant dziś prowadzi wóz

Zamiast gasić
Kaczkę będą łowić dziś
A tu wodę ściął ogromny mróz

Strażak 1:
Łowienie kaczki?
To rzecz nie klawa!
Nie moja kaczka
Nie moja sprawa

Strażak 2:
A na dodatek
To dziwne kaczę
Bo zamiast pływać
Beczy i gdacze

Strażak 3:
Chude i szare
Jak jakiś zająć
O! Patrzcie!
Z kaczki zrobił się łabędź

Śpiew:
Nad rzeczka opodal krzaczka
Mieszkała Kaczka Dziwaczka
Lecz zamiast trzymać się rzeczki
Robiła piesze wycieczki

Raz poszła więc do fryzjera

/kaczka/ - Poproszę o kilo sera!

Tuż obok była apteka

/kaczka/ - Poproszę mleka pięć deka

Z apteki poszła do praczki
Kupować pocztowe znaczki
Gryzły się kaczki okropnie
A niech tę kaczkę gęś kopnie!


Pies śpiewa na melodię "Kukułeczka kuka":

Ku - ku !  Ku - ku ! A ha ! A ha !
Odi ridi, odi ridi
Odi ridi, ridi
Ku - ka !

Konferansjer:
Przed laty żył pies kudłaty
Nie pokojowy, nie podwórzowy
Nie miejski, nie wiejski
Ale od ogona do głowy
Całkowicie czarodziejski

Pies  śpiewa:
Ku - ku .... itd

Recytator 1:
Powiecie przecież, że to żadna sztuka
Tak sobie kukać i kukać
Ale zważcie, że pies ten kukał
Jak najprawdziwsza kukułka

Pies śpiewa:
Ku - ku... itd

Recytator 2:
A siedział przy tym na drutach
I robił swetry wełniane
Raban podniosły więc ptaki

Ptaki:
A któż to ?
A cóż to ?
Ćwir, ćwir, tra, la, la,
Tra, la, la
A cóż to za pies taki?

Kuku ? Kuku? Może ryku ?
My ci damy rozbójniku !

Jan Brzechwa:
Wszystko mylicie drodzy moi
Pies robił swetry na drutach ???

Konferansjer:
Nie! To nie pies! Pies tutaj stoi!
Na drutach siedzi ciotka Danuta!

Recytator 3:
Gruba ciotka Danuta
Robi swetry na drutach
Już po pięciu minutach
Dowiedziały się o tym jaskółki
Gwałt podniosły z wróblami do spółki

Ptaki:
Jak to? Ciotka Danuta
Robi swetry na drutach?
Na drutach siadają ptaki
Lecz ciotka? Skąd pomysł taki?
Konferansjer:
A lećcie do niej gromadnie,
Bo wam ciotka z drutów spadnie!

Śpiew na melodię marszową:

Przez lasy przez dąbrowy
Wędruje gajowy
Na trąbce w lesie gra i gra
A echo niesie tra - ra - ra

Komórkę trzyma w dłoni
Do Babci nią dzwoni
Kapturka, lasu strzeże nam
Jest ochroniarzem
Dzielny pan
Gajowy:
Snuj się snuj bajeczko
A było to niedaleczko
Właśnie tutaj, nad rzeczką
Mieszkała wdowa z córeczką

Córeczka chociaż mała
Swej mamie pomagała
Zamiatała podłogę
Pełła grządki ubogie

Chrust zbierała też czasem
Bo mieszkały pod lasem
Niosła proso dla kurek
A zwała się po prostu Czerwony Kapturek

Czerwony Kapturek /śpiew/:

Nie Mruczek, nie Burek
Nie jeż, nie ptak
Czerwony Kapturek
To ja zwę się tak

Mam warkoczyk
Modre oczy
Buzie mam, jak mak
Pobiegnę na wzgórek
A las mi gra

Czerwony Kapturek
To ja, właśnie ja !

Echo /w tle groźnie brzmiąca przygrywka/:

Chyba wilk się zbliża... iża... iża... iża...
Wilk niedaleko... eko... eko... eko...

Zamiast wilka przybywa Zła Królowa:

Zwierciadełko - błyszczydełko !
Powiedz mi przecie,
Kto najpiękniejszy jest na tym świecie ?

Zwierciadło:
Piękna jesteś pani
Jak gwiazda na niebie
Lecz Królewna Śnieżka
Piękniejsza od Ciebie

Jan Brzechwa:
Śnieżka mieszka w lesie
Razem z Krasnalami
Są szczęśliwi, żyją w zgodzie
Śpiewają z ptakami

Krasnoludki i śpiewają  na melodię Czerwonych Gitar:

W drogę, czas do "Leklerka"
W drogę, promocji czas
W drogę, wyprzedaż wielka
"Szoping" to hasło dnia

Śnieżce kupimy lakę
Barbie na imię ma
W drogę, kupimy Kena
"Szoping" to hasło dnia

Do przejścia jest regałów stooo
Drogami, które dobrze znaaam
Nim kupię to co Śnieżce daaam
Zmęczę się i stracę cenny czas

Śnieżka:
Barbie jest piękna
A Ken wspaniały!
Lecz ja Potera chcę do zabawy!
Krasnoludki:
Kogo ?

Śnieżka:
Harry Potera znacie od dawna
Bo to jest postać ze wszech miar sławna !

Śpiew na melodię twista "Walentyna":

Harry Poter, Harry Poter
To czarodziej, sławę ma
Chcę do kina na Potera
Każde dziecko jego zna

Harry Poter, Harry Poter
Wyczaruje Śnieżce dom
Może będzie Śnieżki mężem
Ale jest daleko stąd

Zwierciadło:
Zła Królowa urok na Śnieżkę rzuciła
I Śnieżka usnęła, jakby już nie żyła
Lecz marzenia Śnieżki
Szybko się spełniły
Krasnoludki Potera jej przyprowadziły.

Harry Poter:
Przybyłem na prośbę krasnali do pięknej dziewczyny
Ożywię jej usta słodkie, jak maliny
Szkoła Czarodziejów magii mnie uczyła
By Królewna Śnieżka ze snu się zbudziła.

Krasnoludki /w tle melodia „Jamajka”/:

I żyją szczęśliwie
Jak w cudownej bajce
Z Gajowym – Ochroniarzem
Na wyspie Jamajce

Konferansjer:
W dalekiej Jamajce
Jak to zwykle bywa w bajce
Mieszka także sum wąsaty
Znakomity matematyk

Sum:
Do mnie młodzi przyjaciele
W dni powszednie i niedziele
Na życzenie mnożę, dzielę
Odejmuje i dodaję
I pomyłek nie uznaję

Cyfra Zero:
Drogi panie
Ja dla pana mam zadanie
Jeśli pan tak liczyć umie
Niech pan powie, panie sumie
Czy pan zdoła w swym pojęciu
Odjąć zero od dziesięciu

Sum:
To dopiero, mam z tym biedę
Może dziesięć, może jeden

Cyfra Jedynka:
To dopiero trudne dzieło
Od dziesięciu odjąć zero

Sum:
Zaraz, zaraz...
Wiem już ! Jeden !
Nie ! Nie jeden ! Dziesięć chyba !
Pójdę spytać wieloryba.

Zero i Jedynka:
Panie sumie
Biedny sumie
Dziś komputer liczyć umie

Śpiew na melodię „Gdzie strumyk płynie z wolna”:

Komputer liczyć umie
To każde dziecko wie

A sum niech pływa w rzece
Do wiedzy nie rwie się  /bis   ...ha, ha, ha

Komputer włączam co dzień
On program, myszkę ma

W nim sumy nic nie liczą
Ha, ha, ha, ha, ha, ha  /bis

Konferansjer:
W ogrodzie Saskim żyje stonoga
Co nóg bez liku ma
Ich liczba – to jedynka
A także zera dwa

Śpiew na melodie mazura w tańczącym „wężu”:

Lewa z prawa, przednia z tylną
Każdej nodze bardzo pilno
Szósta zdążyć chce za siódmą
Ale siódmej iść za trudno

Ósma mija się z piętnastą
Oplątała jedenastą
A ta znów z dwudziestą piątą
Trzydziesta z dziewięćdziesiątą

Zanim setna noga przyszła
To już pierwsza dawno wyszła  /bis

Recytator:
Mam dwie nogi
I dwie ręce
Wcale nie chcę mieć ich więcej
Ręka prawa, ręka lewa
Człowiek innych rąk nie miewa
Noga lewa, prawa tuż
No i dość ! Wystarczy już !
Stąd się właśnie pewność bierze
Że nie jestem ptak, ni zwierzę

Jan Brzechwa:
Miło nam się tu bajdurzy
Dobre dziś humory macie
A bajkę o kotku także pamiętacie?

Recytator:
Pan Kotek był chory
I leżał w łóżeczku
I przyszedł pan doktor

Pan doktor:
Jak się masz koteczku ?

Kotek:
Miauu, miaauuu
Źle bardzo, miauuu...

Recytator:
I polisę wyciągnął do niego.
Spojrzał na nią pan doktor
I rzekł

Pan doktor:
Twoja polisa nie jest
Z funduszu kociego.
Masz inną polisę?
A składki płaciłeś?
Oj, kotku, kłopotów
Ty się nabawiłeś!

Śpiew na melodię ludową „Kare konie”:

Koniec przedstawienia
Bo już się nudzicie
Kręcicie się w krzesłach
Oraz marudzicie

Bajek było wiele
Wszystkie pomieszane
I piosenek dużo
A każda lubiana
Oj dana, oj dana
Oj dana, oj dana
Idźcie już do domu
Widownio kochana  /bis

Jan Brzechwa:
W programie przedszkolnego kabaretu „Fru – Fru” plątały się bajki i wiersze 
/odpowiednie postacie kłaniają się/:
- Czarodziejski pies
- Ciotka Danuta
- Czerwony Kapturek
- Królewna Śnieżka
- Sum
- Ptasie radio
- Stonoga
- Ręce i nogi
- Pan kotek był chory
- Kaczka Dziwaczka
- Kłamczucha

Piosenka finałowa na melodię „Zimny drań”:

Już żegnamy się niestety
Choć przyjemnie płynie czas
Dziś musimy się już rozstać
I pożegnać trzeba was

My jesteśmy bardzo młodzi
Więc nie miejcie nam za złe
Nie plotkujcie
Jeśli coś nam nie udało się

Do zobaczenia wszyscy wraz
Piosenką dziś żegnamy Was
Być może się spotkamy
To znowu pośpiewamy

Do zobaczenia jeszcze raz

Być może się spotkamy
To znowu pośpiewamy
Kabaret „Fru – Fru”
Żegna was.

3 lipca 2010

Dziewczynki na sprzedaż



       9 II 2010 r. Dwunastoletnia mieszkanka Arabii Saudyjskiej walczy o rozwód ze swoim 80-letnim mężem. Pomóc w tym ma jej opieka prawna ze strony władz. Przebieg tej sprawy może okazać się przełomowy dla debaty na temat zakazu małżeństw dzieci, jaka przetacza się przez ten kraj - informuje "Times Online".


       Nie tylko w Arabii Saudyjskiej małe dziewczynki przeznaczane są na żony dla bogatych Arabów. Coraz powszechniejszym procederem staje się sprzedaż młodziutkich dziewcząt także w innych krajach. Na przykład Egipcjanki podobają się zamożnym Arabom, ponieważ mają nieco jaśniejszą cerę, niż rodowite Arabki i są mniej wymagające. Mimo, że dziewczyna egipska może wyjść za mąż po ukończeniu16 lat, bogaci obcokrajowcy ze świata arabskiego, mogą jednak kupić sobie egipskie cnotliwe panienki znacznie młodsze.

       Ładne córki są często źródłem utrzymania biednych wieśniaków nad Nilem. Jeśli rodzina wydaje córkę za mąż za rodaka, otrzymuje około 500 funtów, ale ma obowiązek wyprawić wesele. Od obcokrajowca otrzyma kilka tysięcy funtów. Po transakcji, bogacz ma prawo zabrać  dziewczynkę ze sobą i poślubić.Czasami jednak nie ma na to ochoty. Wykorzysta, kupi kilka sukienek, biżuterię, wypłaci odprawę i zostawi. Takiej dziewczynce trudno potem znaleźć męża. W swojej wiosce uznana jest za nieczystą, więc chłopca w sąsiedztwie nie znajdzie, a ojcu rzadko się udaje sprzedać córkę powtórnie, ponieważ religijny Arab, zanim zapłaci, sprawdzi niewinność dziewczynki. Po nieudanych próbach na ponowne z bogaczem "zamążpójście" i przysporzenie tym samym swojej rodzinie korzyści materialnej, staje się darmozjadem w rodzinie, jedzie więc do wielkiego miasta trudnić się prostytucją.

      Problemem zaczynają stawać się dzieci z takich przelotnych związków, na utrzymanie których nikt nie płaci. Przeważnie nie mają ani nazwiska, ani narodowości. Dziewczynka, gdy wyrośnie ładna, może być przeznaczona dla "wyższych" celów i przynieść dochód rodzinie, jak kiedyś jej o trzynaście lat starsza matka. Problem, co robić z chłopcami?

      Może  walka  o rozwód 12-latki z  Arabii Saudyjskiej nie tylko spowoduje, że będzie zakaz poślubiania nieletnich dziewcząt, ale także ukróci "zakupy" Arabów w innych krajach. Nasuwa się tylko pytanie, czy to kupowanie dziewczynek  byłoby możliwe,gdyby sprzedających nie było?

4 czerwca 2010

Ścieżki transformacji

https://aleblogowanie.wordpress.com/2009/06/04/sciezki-transformacji/



       Treści niektórych akapitów były już przeze mnie publikowane.  Zebrałam je w jedną całość. Jest to obraz transformacji ustrojowej widziany przez ustępujące pokolenie mojego osiedla, oczami ludzi nie odczuwających pozytywnych stron  przemian, bo wszelkie pozytywy  ich nie dotyczą.  Ludzi, którzy czują się zapomniani, pominięci, czasem odtrąceni. Ludzi, którzy chcą, chociaż spokoju, ale nawet spokój  im się  zabiera.

Przed transformacją
       Dyrekcja. Osiedle zwykłych, uczciwych ludzi w Chełmie. Polaków. W większości inteligencja, sklasyfikowana przez „peerel”, jako nielubiana z powodu… Definicji. Wszyscy mieszkańcy osiedla jednak lubią się i szanują wzajemnie, bez względu na pochodzenie społeczne, wyznanie, przekonania, przynależności. Wspólne biesiady w ogródkach działkowych, wyjazdy nad wodę, działalność w klubach przyzakładowych /teatry amatorskie, kabarety, kapele/, sadzenie drzewek, krzewów i coroczne wiosenne wysiewanie kwiatów wokół budynków mieszkalnych. Miło, bezpiecznie, zwyczajnie.
      
      Jak trwoga, to do sekretarza, choć tak w zasadzie nigdy moim nie jest, bo do partii żadnej nie należę. Ale poskarżyć się na jakąkolwiek krzywdę, wypłakać, czemu nie? Zawsze pomaga.
       Ksiądz przyjazny, bliski swoim parafianom. Dobrym słowem pociesza, modlitwą wspiera, na miętową herbatkę do ogródka przychodzi, żeby porozmawiać.
       Dzielnicowy – wszystkim na osiedlu znajomy. Rozrabiających chłopaków za uszy targa, albo palcem grozi. Nigdy pałką. Wielki autorytet. Szanowany i lubiany.
       Lekarz leczy babcię i dziadziusia. Leczy mamę i ojca. Leczy mnie i dziecko moje. Przez lata ten sam, w tej samej przychodni przyzakładowej „pod schodkami”. Po godzinach przychodzi z wizytą o każdej porze dnia i nocy. Nie potrzebuje kartoteki, ani wywiadu. Wiedzę o chorobach i życiu swoich pacjentów ma w głowie, a miłość do zawodu i swoich chorych w sercu.
       Relacje? Ludzkie. Ksiądz chrzci dziecko sekretarza, sekretarz załatwia cement na remont kościoła. Ksiądz dziękuje sekretarzowi z ambony, sekretarza wyrzucają z pracy. Cała społeczność parafialna /bezpartyjna/ manifestuje w obronie sekretarza.
      Chuligani pilnują psa dzielnicowemu, gdy ten w godzinach służbowych odwozi matkę do szpitala w innym mieście, dzielnicowy chuliganom pomaga wyrastać na porządnych ludzi.
       Pielęgniarka pani Jasia bezinteresownie robi zastrzyki wszystkim potrzebującym na osiedlu, a chłopaki idą z szuflami pomagać Pani Jasi, gdy widzą, że krucha kobieta węgiel zrzuca do piwnicy przez okienko.
       Koty nakarmione, psy dopilnowane, można wyjechać na parę tygodni. Kwiaty nie zwiędną na pewno, a o włamaniu do mieszkania mowy nie ma! Dopilnują, jak swoje.
Kochamy się wzajemnie, kochamy naszą dzielnicę, miasto, kraj. Patriotyzm w najczystszym wydaniu.

Transformacja
       Osiedlowy porządek burzy transformacja ustrojowa. Z jednej strony wszyscy jej chcemy. Z drugiej nie rozumiemy. To, co pokazuje telewizja, czy mówi radio, to wiadomości nie z naszego świata. Bajki nie mające odzwierciedlenia w naszym codziennym życiu. Tu – na naszym osiedlu – świat zupełnie inny. Nie ma euforii, nie ma nadziei, ludzie zaczynają narzekać, płakać, jest coraz gorzej… Z każdym dniem…
       Ksiądz musi nienawidzić byłego sekretarza – dobrego przecież człowieka. Kowalski musi się boczyć na Nowaka, bo jeden partyjnym był, a drugi związkowcem. Nie ma już podziału, jak u Pawlaka i Kargula na mądrych i głupich po prostu. Obowiązuje niezrozumiały dla mnie podział na „tych” i „tamtych”. Tym bardziej niezrozumiały, że na świeczniku transformacji stoją także „tamci” i udają „tych”. Klub zamykają, teatr i kabaret się rozsypują, na ogródki działkowe wjeżdżają koparki i spychacze. Pracujący tracą pracę, renciści i emeryci utrzymują całe rodziny. Pana dzielnicowego wymieniają – nikt nowego nie zna i nigdy nie poznaje. Przychodnię lekarską przyzakładową likwidują. Ukochany pan doktor otwiera prywatną praktykę i już nie odwiedza bezpłatnie swoich byłych pacjentów. Pani Jasia musi za iniekcje brać po 10 złotych, bo w szpitalu, w którym pracowała nastaje ordynator z „tej” opcji i wyrzuca ją z pracy jako „tamtą”. Szwagier, świetny fachowiec, wykształcony, działacz solidarności, na plecach blizny po zomowskich pałkach – także wyrzucony z pracy. Z powodu starości wyrzucony! Ma „aż” 57 lat! Chociaż jest przecież „tym”, staje odtrącony w kolejce po „kuroniówkę” z tak zwanymi manelami o sinych z przepicia nosach, którzy nigdy nie pracowali. Przeżywa załamanie psychiczne, gdy syn go spytał:
- Tato, o co ty walczyłeś? Nie wstydzisz się stać w jednym szeregu z tym marginesem?
      
       Janusz Chełmianin – działacz solidarnościowy w Warszawie. Nigdy na państwowym chlebie. Od zawsze rzemieślnik z własną działalnością. Bibuła, wiece, odczyty, strajki. On często pierwszy, on często na czele. Przekonany, oddany, ideowiec. Przed transformacją żyjący skromnie, ale na poziomie. W przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wraca do Chełma, do mamy. Wychudzony, wycieńczony, chory. Bez pracy, renty, emerytury. Żeby żyć – trzeba pracować. Żeby pracować – trzeba mieć zdrowie. Żeby mieć rentę, trzeba mieć pieniądze na „posmarowanie orzecznikowi”, a on tylko chory przecież. Zszargał się w piwnicznych kryjówkach, na strajkach głodowych, w aresztach śledczych, gdzie nerki mu poodbijano kopniakami. Cóż dała mu Polska, o którą tak walczył? Nic! Nie dała i jeszcze zabrała! Mieszkanie przy Świętokrzyskiej, szanse na zarabianie pieniędzy i ratowanie życia. Dziś Janusz nie żyje. Gdy na Święto Zmarłych zapalam znicz na mogile, przez łzy na nagrobnej tablicy majaczy napis: „Janusz – ofiara drapieżnej transformacji. Też nie umiał brać z pod lady”.
      
       Silny stawia stopę na karku słabego. Ludzie trąca orientację. Ludzie trącą poczucie bezpieczeństwa. Ludzie nie wiedzą, co jest prawdą, a co kłamstwem. Ludzie nie wiedzą, co robić, jak się odnaleźć w NOWYM, które nastało. Pojawia się trwoga… Beznadzieja… Brak perspektyw… Brak wiary w cokolwiek… Wreszcie… Umiera miłość. Zwyczajna, ludzka, sąsiedzka. Umiera miłość do miasta i regionu, który staje się już nie tylko Polską „B”, lecz „C”. Gaśnie także miłość do ojczyzny, a patriotyzm staje się wstydliwą wartością. Ale trwamy. Żyjemy, tylko ideały zawieruszyły się gdzieś po drodze, tylko dalej dla siebie, jak wtedy, tak teraz, nie umiemy brać spod lady.

Dzisiaj
       W słoneczne dni podglądam, co na „Mojej Dyrekcji” dzisiaj słychać. Czy zmieniło się życie mieszkańców i wygląd osiedla w ciągu ostatnich 20 lat? 
Dyrekcja Górna   
       Osiedle doskonałe urbanistycznie. Z przestrzenią, która jednoczyła mieszkańców. Miasto – ogród ze wszystkimi wygodami, a jednocześnie z sielską, wiejską atmosferą i widokami.
Idę na spacer, poszukać na ścieżkach mojego peerelowskiego dzieciństwa i młodości oznak NOWEGO, może nawet Europy. Na Kredowym Wzgórzu sąsiadującym z ulicą Wiejską i Batorego był kiedyś lej po bombie, a wokół uprawy. Drzewka i krzewy owocowe, ziemniaki, kapusta, marchewka. Po prostu to wszystko, co nie zmieściło się w ogrodach przydomowych. Dziś są tylko chaszcze. W czasach transformacji ustrojowej zakazano upraw, polecono zabrać z grządek, co kto miał i wjechały spychacze, koparki, piły. Nawet cieszyliśmy się, że teren zostanie zagospodarowany i będzie przy Wiejskiej miejsko. Tymczasem tylko drzewka owocowe powycinano, ziemię przerzucono z miejsca na miejsce… I tyle… Po co? Dlaczego? Nie wiem. Dziś nasze dawne działki nazywamy „Dzikim Polem”, ponieważ zielskiem porosły. Wysypiska i chaszcze.
        Dużą radością napawa mnie widok dachu najdłuższego na osiedlu szeregowca przy ul. Wiejskiej. Dlaczego? Widzę nowy dach! Wreszcie mieszkańcy nie będą odśnieżać strychów i wylewać deszczówki z wanienek, misek, wiader i garnków porozstawianych na strychach. Czyżby na Dyrekcję przyszła Europa?
- Dostaliście pieniądze na ratowanie zabytku /osiedle wpisane na listę zabytków/ ?
- A skądże, wzięliśmy kredyt z banku na 20 lat – odpowiada Jola – jedna z mieszkanek szeregowca. Nie wiesz, na co idą pieniądze unijne? Gazet nie czytasz?

Dyrekcja Dolna
       Popatrzę też, co słychać u emerytów – kolejarzy na Dyrekcji Dolnej.  W dół, z Dyrekcji Górnej, schodzę ulicą Stephensona. Kiedyś była brukowana.  Zimą, zamknięta dla ruchu, stawała się w  czasach mojego dzieciństwa torem saneczkowym. A jak się trafiła furmanka wioząca węgiel, o co wcale nie było trudno, to dopiero była radość. Przyczepialiśmy sanki i nie trzeba było pod górę wchodzić na piechotę. Od tej sprzed ponad 20 lat różni się asfaltem, kostką na chodnikach i brakiem furmanek.
Na Dyrekcji Dolnej znajduje się budynek zwany gmachem kolejowym.
- Dokąd idziesz?
- Do gmachu. I każdy wie, o co chodzi.
- Gdzie mieszkasz?
- Koło gmachu. I wszystko jasne.
Dziś mieści się w nim wiele urzędów i banki.
Za czasów „peerelowsko – kolejowych”, oprócz biur, było tu Kino „Bałtyk”, sala widowiskowa ze sceną teatralną, klubokawiarnia, biblioteka, ambulatorium, gabinety rehabilitacyjne i stomatologiczne, pogotowie ratunkowe, stołówka, szkoła, apteka. Dwa kroki w górę w stylowych domach willowych  - żłobek i przedszkole.
Kolejarz to miał klawe życie. Wszystko na „rzut beretem”. Na dodatek prawie za darmo.
       Gmach dawnej Dyrekcji PKP, w czasach PRL’u stał się „Gmachem PKWN”. Niektórzy zastanawiają się, dlaczego akurat tutaj, na tle budynku kojarzonego z Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego, na placu manifestacji pierwszomajowych i wieców antysyjonistycznych kampanii 1967-69, stanął pomnik Wielkiego Polaka -Ojca Świętego.
- Pomniki – to nie „przykrywka” historii, to NOWE ze STARYM się splata – tłumaczy emerytowany kolejarz. Wspomina też dawne czasy: kolejarz, to była POZYCJA! Teraz nam tylko magiel został.
- Magiel? Przecież już w latach siedemdziesiątych magle znikły z krajobrazu osiedla.
- Tak! Ale nasz magiel znowu funkcjonuje. Do łask powrócił. Przywiodła tu ludzi bieda. Oszczędzamy na prądzie i żonki zamiast prasować, maglują wszystko, jak leci, uśmiecha się…
Na pożegnanie dodaje:
- Podczas stanu wojennego, a potem, w czasach transformacji ustrojowej, byliśmy z sąsiadami po tej samej stronie, ale dokładnie, po której to nie pamiętam, tak samo jak nie pamiętam czy oberwałem na tej „wojnie polsko- polskiej” kulą między łopatki czy łopatą między kule. Teraz zresztą też nie wiem, czy przebywam w wolnej Polsce czy w Polnej Wolsce, gdy tak sobie korbą w maglu kręcę. Może to skleroza jest? Maglować na szczęście nie zapomniałem…
I zaprasza do magla za darmo.

Twarożek polityczny
       Żeby był dobry twaróg, musi być dobre mleko zsiadłe, a żeby było dobre mleko zsiadłe, musi być dobre mleko od krowy, co na łące się pasie. A te łąki i te krowy i to mleko zamieniono w brukselskie wskaźniki, z których twarogu dobrego, znaczy tego, co„babinka” w peerelu nosiła nijak nie da się zrobić. O tym, że z powodu braku pasących się na łąkach krów – selekcjonerek, dzikie pola porastają chaszcze, w których giną rodzime gatunki traw i lęgną się śmiertelnie jadowite kleszcze – to temat na inna historię.
       W dobie PRL  Polska miała - wprawdzie przestarzały -  ale dość znaczący przemysł. Transformacja ustrojowa, przy pomocy zachodnich ekonomicznych „guru”, zaczęła niszczyć zakłady produkcyjne.   Podczas, gdy duża cześć społeczeństwa żyje na granicy ubóstwa, często niedożywiona, polscy rolnicy musieli płacić Brukseli kary za nadprodukcję mleka i zlikwidowało się całe gałęzie rolnictwa. Na mój kobiecy „rąbankowo – twarogowy” rozum, gospodarka przecież nie powinna być po to, by miała „dobre” wskaźniki dla Brukseli, ale po to, by służyła społeczeństwu i umożliwiała godne życie. I to nie tylko godne w sensie „elektronicznego dobrobytu”, ale także w tym sensie, by poszukiwane wiejskie jajko i zachcianka w postaci twarogu zapamiętanego z dzieciństwa była możliwa do spełnienia. Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze trochę, a znikną, albo zejdą do podziemia ogórki kiszone i kapusta, a schabowy w panierce będzie zakazany. Wyśmiewane peerelowskie „360% normy” zamieniono na „brukselskie wskaźniki” i nonsensowne unijne definicje. Pojawiły się więc banany ze znormalizowaną krzywizną i słynna marchewka zdefiniowana jako owoc, by zaspokoić zapotrzebowanie Portugalczyków na ulubiony przez nich dżem marchewkowy, który to dżem według urzędników unijnych musi być z owoców produkowany. A ja swoją wnuczkę uczyłam, że marchewka to warzywo. Jeszcze przeze mnie jedynkę w szkole z przyrody dostanie i nie zda do następnej klasy. A ja swojego syna uczyłam, żeby nie marnować żywności. Tymczasem plantatorzy i rolnicy wyrzucają na śmietnik krzywe ogórki, nieforemne jabłka i za tanie wiśnie.
       Moja kuzynka wyjechała z całą rodziną do Niemiec. Ilekroć ktoś się do niej wybiera, zawsze prosi o ser na pierogi i parę starych ziemniaków. Twierdzi, że tam twaróg nie nadaje się na pierogi, a ziemniaki są tylko młode przez cały rok i placki z nich nie takie. I tak to od sera przeszłam do emigracji. Pomimo wielu teraźniejszych negatywów i nonsensów, Polska ciągle nie jest jeszcze najnędzniejszym krajem świata, a tymczasem duża cześć populacji zachowuje się,  jakby tak właśnie było. Świadczy o tym niespotykana w czasach pokoju emigracja, która spowodowała straty ludnościowe porównywalne z tymi z okresu okupacji. Może ona przeobrazić się wręcz w służalczość w stosunku do zachodnich „kolonizatorów” i wstręt do patriotyzmu.
Z drugiej jednak strony, tak sobie myślę: co mają robić,  jak posłuchają / pooglądają polski telewizyjno – radiowy serial polityczny, w którym szczęśliwego końca ani widu… Ani słychu…
       Z gospodarki, która jeszcze w Polsce funkcjonuje, ogromna jej większość, a zwłaszcza banki, należy do obcego kapitału, który w dobie globalizmu w każdej chwili może przenieść się gdzieś indziej, o ile Polacy nie będą wystarczająco ulegli. Po latach sowieckiej dominacji, Polska uzyskała szanse na pełną suwerenność, która była marzeniem wielu pokoleń Polaków. Tymczasem kraj nasz został „przehandlowany” za iluzoryczny dobrobyt.
        Nie pojmuję, o co w tym wszystkim chodzi. I gdzie w tym wszystkim miejsce dla Polaka – mądrego, pracowitego, szlachetnego, uczciwego? Gdzie miejsce dla peerelowicza – ze „straconego” podobno pokolenia – z jego 800 złotową emeryturą? Bo ci inni to sobie radzą tutaj,  jak zawsze i jak wszędzie. Jak „tamci”,  którzy pod kościołem na ławeczce siedzieli i zapisywali, kto ze współpracowników szedł na niedzielną mszę, a potem listę w odpowiednie miejsce przedkładali, a gdy powiał wiatr transformacji, organizowali zbiorowe wyjścia na msze niepodległościowe i przed ołtarzem w poczcie sztandarowym stali, by dziś pierś wypinać do odznaczeń.

Polityka a szczęście
        Pewien mądry człowiek z Hin spotykany na forach internetowych (Tak! Tak! Z Hin, nie z Chin), życzy zawsze dużo szczęścia. Ogromna jest mądrość hińska, która zauważa, że pasażerowie Titanika mieli wszystko z wyjątkiem szczęścia. Tak sobie przy okazji hińskich życzeń pomyślałam, że gdyby pokusić się o podsumowanie ostatnich lat, to my – Polacy mieliśmy dużo szczęścia. Nasz kraj – pogrążający się w kłamstwie, obłudzie i hipokryzji, jak Titanik przepołowił się, ale nie utonął. Wielkie to także szczęście, że taplał się tylko w małym bajorku, zamiast   wypłynąć na szerokie wody /co mi się w zasadzie nie podobało/. Dzięki temu  agresywne i śpiewne syreny nie zwabiły go na skały, by się rozbił. Jednak podzielony pozostał. Czy to dobrze?
Myślę, że podziały i różnice zdań są dobre i mogą być budujące. Jednak podział narodu i władzy w obecnej wersji napawa mnie pesymizmem. Czy potrafimy się wznieść ponad to?
Nie!
Pokazały to dobitnie 4 czerwcowe uroczystości.
Czy potrafimy powrócić do naturalnego podziału ludzi – na brunetów, szatynów, rudych i blondynów? Na mądrych i głupich, ale potrafiących wspólnie świętować.
Nie! Nawet dzisiaj -  w dwudziestą rocznicę 4 czerwca 1989 roku.

Bet. Z tym szczęściem to najprawdziwsza prawda. Mam w rodzinie przykład: śmiertelna choroba, na którą nie ma lekarstwa, pomimo, że środków finansowych nie brak. Tam też jest wszystko oprócz szczęścia. Dziękuję za tę myśl.

EwaGreg. Dobry temat. Co ma piernik do wiatraka? Ktoś zapyta. A ma i to sporo. Tak sobie myślę, że gdybyśmy my Polacy, szukali w sobie dobroci, szacunku dla innych i miłości bliźniego, gdybyśmy widzieli jeszcze coś, poza czubkiem własnego nosa, gdyby silniejszy pomagał słabszemu, bogaty biednemu, to byłoby szczęście. W takich warunkach dałoby się prowadzić ten kraj ku świetlanej przyszłości! Tylko, że przykład idzie z góry. I często ma znamiona epidemii. A ja bym chciała, żebyśmy wszyscy, na chwilę zatrzymali się i pomyśleli, że jesteśmy jedną wielką rodziną, że zgoda buduje, niezgoda rujnuje.

Bet. Wszystko to  bardzo mądre i wartościowe, co mówicie. Smutne jest to, że dyskusja taka trafia do ludzi już przekonanych o słuszności takich wartości, a politycy żyją poza tym. Nie wierzę, że nie identyfikują się z takimi wartościami. Polityka rządzi się chyba jakimiś prawami, których normalny człowiek nie ogarnia. Inaczej nie mogę sobie wytłumaczyć tego, że wciąż wybierają kłótnię.

Bonynka. Moje przemyślenie na ten temat jest następujące: Nasze szczęście osobiste ma wiele wspólnego z polityką. To w jakich warunkach żyjemy, jak wychowujemy dzieci, jak je kształcimy, w końcu, jaką pensję ojciec rodziny przynosi na jej utrzymanie w dużej mierze zależy od polityki w państwie. Ktoś powie, że kowalem własnego losu jest on sam, ale jeśli Państwo ma w nosie obywateli i oprócz pustych deklaracji nie ma nic mu do zaoferowania, to ludzie żyjący w biedzie lub na jej skraju nie wykształcą dzieci, nie będą szczęśliwą rodziną, będzie się szerzyć patologia, więcej ludzi będzie niespełnionych, nieszczęśliwych, a u kresu swoich dni będą liczyć każdą złotówkę, bądź wybierać – kupić leki – czy chleb? Dlatego szczęście nasze jest zależne od polityki państwa, w którym żyjemy.

Bet. Bonynko miła, pozwolę sobie zaprotestować. Myślę, że ludzie niezamożni mogą bardzo dobrze wychować dzieci. Ubóstwo nie zawsze prowokuje do patologii, a ludzie z ubogich środowisk są bardzo często bardzo wartościowi i dobrzy. Osobiście wolę biednych i uczciwych kierujących się sercem od rozpuszczonych dobrobytem „nowobogackich”. Pieniądze nie zagwarantują szczęścia. To oczywiście nie zwalnia Państwa od obowiązków wobec swoich Obywateli. I tu się zgadzamy: polityka ma wiele wspólnego ze szczęściem.

AlElla. Ku odświeżeniu wspomnień, przeglądałam pamiętnik ze szkoły podstawowej. Wpis jednej z moich nauczycielek brzmi: szczęście jest tam, gdzie nas kochają i wierzą nam. No i tak sobie pomyślałam, w kontekście pamiętnikowego wpisu, że politycy to muszą być bardzo nieszczęśliwi. 

Bonynka. Elu nie wszyscy, nie wszyscy, bo są też i tacy, którym my uwierzyliśmy, więc są szczęśliwi.

Bet. Ale mądrości! Szczęście tam gdzie, nas kochają. Nic dodać nic ująć. A politycy są po to, aby zapewnić szczęście swoim wyborcom. My im uwierzyliśmy, bo ich wybraliśmy, a oni mają za zadanie nas uszczęśliwić. Jak to wszystko się komponuje?

EwaGreg. Szczęście jest tam, gdzie nas kochają i nam wierzą? Piękne słowa, takie prawdziwe. Nawet pewne dwa lata rządów w tym kraju były tego przykładem. Nie? Nie zgadzacie się z tym? Dlaczego? Rozumiem.  Podsłuchy, namiary, CBA, jeszcze może „rozmowy kontrolowane”, czyż nie są to przykłady na to, że rząd „nas kochał i nam wierzył”? Całe dwa lata pełnej „szczęśliwości”.

***
Wspomnienie ze smętkiem? Szare jakieś i smutne?
       Można odnieść wrażenie, że nowe popsuło stare i zostały prawie same wspomnienia i gruzy. Ten dosyć pesymistyczny i jednostronny obraz zdaje się być nierzeczywisty, nostalgiczny i ponury. Zadowolonym i szczęśliwym trudno się z tym zgodzić. Dużo się pozmieniało i stare odchodzi, czy nam się to podoba czy nie. Nadeszło nowe. Z pewnością i w Chełmie żyje dużo ludzi  szczęśliwych, którzy odnieśli sukces. Widzę także takich wokół siebie. Coraz więcej mieszkańców zamożnych i zadowolonych. Miasto pięknieje, nawet siermiężne peerelowskie blokowiska. Ludziom się poprawia. Widać to chociażby po pełnych  koszach zakupów, ilości samochodów i prywatnych domów. Urawniłowki nie ma i być nie może. Pojawiają się nowe potrzeby i nowe wzorce. Państwo nigdzie na świecie nie jest od tego, aby uszczęśliwiać ludzi i opiekować się nimi. To utopia komuny, która znalazła pewny grunt w ludzkich umysłach, bo wygodnie powiedzieć, że państwo powinno to, czy tamto, a ja sobie biernie poczekam. Trudno jednak zrozumieć emerytom z Dyrekcji, że od opieki i uszczęśliwiania są oni sami, ich rodziny i lokalne społeczności. Ludzie wybierają samorząd nie zawsze w sposób przemyślany, a potem, jak wybiorą tak mają. Nie zdają sobie sprawy z tego, że to nie państwo na przykład bezsensownie zlikwidowało ich ogródki, tylko lokalne wybrane przez nich samych władze. One powinny ułatwiać start i działanie nowym prywatnym firmom, które dają ludziom zarobić i poprawiają byt całej okolicy. Jeśli tego nie robią, znaczy, że niewłaściwych ludzi społeczność wybrała. Nikt na świecie lepszego systemu nie wymyślił, jak lokalna demokracja. Tyle, że trzeba się zainteresować kandydatami i wybierać ludzi mądrych i odpowiedzialnych.
      
       Spojrzenie moje na transformację ustrojową jest przez pryzmat sielskiej atmosfery osiedla, ludzi (dzisiaj emerytów), przeważnie kolejarzy, którzy wszystko dostawali: węgiel, lekarstwo, skierowanie na wczasy wagonowe PKP, 3 ary ziemi na ogródek, podkłady na rozpałkę, bilety do kina i tak sobie żyli w świadomości/nieświadomości, że to jest życie dobre. Tak też wychowali kolejne pokolenie, które nie potrafi dzisiaj uszczęśliwić się. Praca, cudne samochody, piękne domy, pełne koszyki w supermarketach… To wszystko jest nieosiągalne dla takich. Być może dlatego obok siebie widzą przeważnie zgliszcza i…

Odmalowany przez dziadka Stasia i jego kolegów - emerytów, magiel.

Komenatrze - https://aleblogowanie.wordpress.com/2009/06/04/sciezki-transformacji/