28 grudnia 2013

Propozycja nie do pogardzenia?



A jakby tak zmienić scenerię na zakończenie roku...



... i Nowy Rok powitać na mięciutkich stołkach przy kwadratowym stole ze śnieżno - białą serwetą? 
To specjalna przesyłka dla nas od Dziadka Mroza i Śnieżynki. Tylko ciiiii... bo przerzut przez granicę nielegalny oraz niezgodny z linią polityczną! 






Dodatek specjalny, 30 grudnia 2013 r.


Właśnie nadszedł zapowiadany transport 'ruskacza' i nie tylko.



Zadziałało też zaklęcie "stoliczku nakryj się". 
Śnieżynka wywiązała się z obowiązku.


13 grudnia 2013

Świąteczna Księga Tradycji. Część V

       Już piąty rok wystawiam księgę o tradycjach i zwyczajach świąteczno - noworocznych w różnych regionach. W pierwszym roku nie było ani jednego komentarza. A teraz mamy dużo wruszających wspomnień i ciekawych opisów. Warto poznawać obyczaje, wszak jesteśmy narodem wielokulturowym i nie u wszystkich w czas świąteczny jest dokładnie tak samo. 

Przy okazji odnajdujmy... magiczny 'breloczek' spinający różnorodne 'klucze'?



Księga ubiegłoroczna:
http://grycela.blogspot.com/2012/12/swiateczna-ksiega-tradycji-iv.html


Ostatnia Wigilia na Grodzieńszczyźnie 1957r.
Zbliżał się czas wyjazdu do Polski. Ojciec postanowił, że urządzi wieczór pożegnalny dla wszystkich sąsiadów. Czynił wielkie przygotowania, Znosił cebrzyki, beczułki, bańki, miedziane wężyki i ustawiał to wszystko w komorze. Długo mieszał zaciery i planował ile będzie trzeba na przyjęcie a ile zabierze do Polski. Miał oczywiście na myśli bimber.

Tymczasem mama przy naszej pomocy przygotowywała jedzenie na święta. Zabiliśmy świniaka, więc w całym domu pachniało wyrobami, kiełbaskami wędzonymi i szyneczkami. Nigdy w naszym domu nie widzieliśmy tyle jedzenia. Zawsze marzyliśmy o tym żeby najeść się do syta. Teraz mogliśmy. Mama pozwalała nam nie tylko na jedzenie do woli chlebka ale i wędlinę do niego dawała. Jedliśmy powoli, smakując, a przez głowę przelatywała myśl, żeby się nie obudzić. Często przecież, kiedy kładliśmy się spać głodni, śniło się nam jedzenie.

W pokoju stał wielki stół, na którym rozłożyliśmy pachnące sianko i nakryliśmy go białym, lnianym obrusem. Kiedy mieliśmy zasiąść do stołu, zastukano do drzwi. Usłyszeliśmy ruską mowę, która zwykle nie wróżyła niczego dobrego. Tym razem do mieszkania wszedł czysto ubrany, miły pan, który powiedział, że chce kupić nasz dom. Zaprosiliśmy go do stołu, bo przyjechał z daleka, a hotelu w pobliżu nie było. Polska gościnność okazała się aż nadto obfita. Kiedy na stole wylądował barszczyk, mama pomrugała, że opłatek jest w środku. Potem uszka, pierożki z nadzieniem grzybowym, śledzie w zalewie octowej, śliziki w wodzie makowej, kisiel z owsa i na koniec ciasta. Rusek ogłupiał.

- Gospodyni, u was zawsze tak jedzą? - zapytał.
- Tak, krótko odpowiedziała mama i zamilkła.

Potem my poszliśmy bawić się Moskalikami pieczonymi z ciasta, które w tym roku były wyjątkowo piękne, ponieważ brat Czesław pomógł i mnie i siostrze ulepić je, nie żądając w zamian żadnej przysługi.
Rodzice z Rosjaninem rozmawiali o życiu popijając wódkę. Przedtem, mama zaniosła siano spod obrusa i opłatek krowie, której jeszcze nie sprzedaliśmy. Nie napisałam nic o prezentach pod choinkę. Nie było ich oczywiście, nigdy ich u nas nie było, brakowało pieniędzy. Tylko w szkole dostawaliśmy słodycze podczas balu choinkowego, ale tam nie gwiazdor przynosił prezenty, ale Dzied Moroz. Nie brał ich tylko mój brat. Nie chcę nic od Ruskich, mawiał. Za dwa miesiące już nie było nas w tym miejscu, gdzie spędziliśmy ostatnią w rodzinnym domu, Wigilię.

@Lotko - co to śliziki w wodzie makowej /pierwszy raz o tym słyszę/.

Robię je czasami do dziś. Jest to właściwie już deser, po głównych daniach wigilijnych. Są to maleńkie drożdżowe bułeczki. Kroi się je tak, jak kluseczki leniwe i piecze w piekarniku. Przegotowana woda, do której dajemy utarty mak z bakaliami i wrzucamy do niej bułeczki drożdżowe, czyli śliziki. Nawet nie wiem czemu się tak nazywały. Piekę ich zwykle dużo, bo nawet do pojedzenia są świetne. Jeżeli chodzi o Moskaliki...były to ludziki lepione przez nas dzieci. Każde dostawało od mamy kawałek ciasta drożdżowego i lepiliśmy z niego kukiełki. Czasami po kilka razy, bo za pierwszym razem się nie udawały. Brat robił cudne, nawet w czapce, z szabelką u boku. My z siostrą, młodsze nie umiałyśmy tak ładnie, to trzeba było brata przekupić, żeby pomógł. Bawiliśmy się nimi przez całe święta, a zjadaliśmy dopiero w drugi dzień świąt. Tam, na Grodzieńszczyźnie zwyczaje świąteczne były bardzo pielęgnowane.

Jeszcze raz potwierdzę mój wcześniejszy wpis, że najpiękniejsze święta były w dziecięcym wieku w rodzicielskim domu. Wtedy święta bardzo cieszyły nasze dziecięce serduszka, bo to i choinka, i przysmaki na stole, i prezenty. A teraz, gdy się przeżyło już tyle świąt, nieco spowszedniały, tym bardziej, że się niesamowicie skomercjalizowały. Nie podoba mi się, że od połowy listopada, albo nawet wcześniej, jesteśmy bombardowani gazetkami reklamowymi z informacją, co i za ile trzeba kupić na święta.

Swoją drogą to ciekawe, co by było gdybyśmy wszyscy wymienieni w tej notce spotkali się na wspólnej Wigilii? Mam nadzieję, że nie byłoby tak jak u mnie w rodzinie za dawnych lat ;)

Anzai, ten szczególny dzień najbardziej magiczny jest w rodzinie. Na magię mają także wpływ wspólne przygotowania do wieczerzy wigilijnej i w ogóle do świąt. Myślę, że spotkanie blogerów byłoby podobne do wszelkich spotkań integracyjnych czy poczęstunków przy wspólnych stołach dla nieznajomych.

Gdyby jednak spojrzeć pod kątem biblijnym to jest to wspólne czuwanie, które kończy się pasterką, i udziałem zupełnie nieznanych sobie osób. Cała wieczerza to najbardziej rozbudowany scenariusz jakichkolwiek uroczystości domowych. Nigdzie nie ma tylu rozpisanych ról od nakrywania/przystrajania stołu, poprzez siadanie do stołu, wstawanie, gotowość przyjęcia nieznanego gościa, podawanie potraw, dzielenie się opłatkiem, śpiewanie kolęd, gwiazdkowanie, i pasterkowanie. Wigilia to najpiękniejsze święto rodzinne, ale kilka razy zdarzało mi się spędzać je z zupełnie obcymi ludźmi, nie oznacza to jednak, że uwielbiam takie spotkania.

A tradycje adwentowe też mieszczą się w temacie? Ja bardziej lubię właśnie ten czas oczekiwania od samych Świąt. Od naszych niemieckich sąsiadów przejęłam zwyczaj ustawiania na stole wieńca adwentowego z czterema świecami. Każdego roku wygląda mój wieniec inaczej, można wymyślać różne warianty dekoracji, ważne żywe światło świec, które w wersji niemieckiej, najczęściej są czerwone. Ja mam w tym roku białe i właśnie zapaliłam pierwszą z nich. Kolejnym adwentowym rytuałem jest pieczenie piernika, który zapakowany czeka na świątecznych konsumentów. Po pierniku przychodzi kolej na kiszenie barszczu z buraków. Tak, powoli buduję świąteczny nastrój.

Oczywiście, że się mieszczą. Specjalnie dlatego tak wcześnie wystawiłam Księgę.
W mojej okolicy wieniec adwentowy z 4 świecami przyjął się głównie w domach ewangelickich. W każdą niedzielę adwentową zapalano jedną świecę podczas wspólnej modlitwy. Ale i w innych domach też spotykałam wieńce, ale raczej jako element dekoracyjny i właśnie rodzaj budowania świątecznego nastroju.

Bo to jest obyczaj ewangelicki. Jednak ja przyjęłam go jak swój. To chyba znaczy, że jestem tolerancyjna?
Dodam jeszcze jeden, bardzo prozaiczny obyczaj, przed którym nie potrafię się obronić. Chodzi o mycie "rodowej porcelany" /to skrót myślowy określający wszystkie nie używane na co dzień szkliwa i kamionki/... Każdego roku tłumaczę sobie, że na to dobra jest każda pora, niekoniecznie przedświąteczna i... co roku robię to właśnie w adwencie. Niepoprawna jestem.

A ja bym to mycie rodowej porcelany wytłumaczyła tak, jak napisane było w I części Księgi: "Ludzie zamykali się przed wichrem i słotą w swoich domostwach, ustawały sąsiedzkie wizyty, jedynie dziewczęta schodziły się, by w długie wieczory drzeć pierze, tkać i prząść." Aaaa... i teraz wieczory długie, po Andrzejkach następuje wyciszenie, a pierza nie drzemy, to coś innego robimy. Srebra, porcelana i inne kamionki na półkach są najlepsze do potrzymania tradycji darcia pierza w adwencie.
A robótki na drutach i szydełkowe (zwykle dziergam jakieś prezenciki w tym czasie) można podciągnąć pod tradycję tkania i przędzenia?

Ależ oczywiście, pod warunkiem, że nucisz ludowe piosenki przy tym:)))

Lubię nucić piosenki przy "majstrowaniu" prezentów, tak jakoś się przyjęło, że każdy dostaje ode mnie taki zmajstrowany w komputerze, różne są ale zawsze jest przy tym mnóstwo śmiechu, bo i satyryczne kalendarze i satyryczne fotomontaże i horoskopy dla każdego, a przy okazji przemycam inne rzeczy, kiedyś każdy dostał ode mnie kolędę z aniołkiem - anioł miał buzię delikwenta, stworzyłam z tego nasz rodzinny śpiewnik, każdy taki śpiewnik dostał każdy na okładce miał swojego anioła a w środku wszystkie rodzinne aniołki z kolędami. Przed odbiorem trzeba było zwrotkę swojej kolędy odśpiewać. Kolędowaliśmy do ciemnej nocy. Prezenty zostały do dzisiaj, każdej Wigilii wyciągamy je, dzieciaki nauczyły się na pamięć, biorą gitary i śpiewamy razem ... jak za moich dziecinnych lat.

Bardzo lubię kolędy Preisnera.

U nas przecież też przygotowanie do Świąt zaczyna się w pierwszych dniach adwentu.
A kolędy Preisnera są cudowne...

Ten dzień Wigilii, ten jedyny dzień w roku, który daje tyle radości wszystkim powinien cały czas pozostać dniem z tradycjami. Przecież nikt nie ma takich tradycji bożonarodzeniowych, jakie ma nasz kraj i powinniśmy to wpajać młodym.  Nie wiem czy mi się wydaje, czy teraz te święta są jakoś mniej wyczekiwane niż to kiedyś bywało, u mamy. Czułam ten zapach pieczonego ciasta, smażonych grzybów i ten nastrój. Ale przecież i u mnie też (niby) tak jest, ale to już nie to... 

...są wyczekiwane, tylko jako osoby dorosłe inaczej to odczuwamy. Dzieci czekają. Widać to po wszystkich dzieciach w rodzinie. Rozpytują o dania i prezenty, choinkę i szopkę, zamawiają określony rodzaj ciasta. Myślę, że święta mniej są wyczekiwane pod kątem smakołyków kiedyś trudno osiągalnych, jak np. pomarańcze wkładane kiedyś do paczki pod choinkę.

...bo kiedyś nie było wszystkiego w sklepach tak jak dzisiaj jest i człowiek czekał na te święta jak na zbawienie:) Chociaż nie powiem, żebym i dzisiaj na nie nie czekała z utęsknieniem i dalej lubię te święta, świąteczny nastrój, gdy wszyscy są tacy grzeczni i uprzejmi i zastanawia mnie dlaczego w ciągu roku nie potrafią się tak zachować...

Pochodzę z domu niereligijnego, sama jestem ateistką, lecz Święta u nas się obchodziło wraz z opłatkiem. Nigdzie na świecie nie ma tego opłatka. To jest piękna tradycja i faktycznie dla mnie najważniejsza w roku jest wieczerza wigilijna. Nie ze względu na wiarę lecz ze względu na tradycję jednoczącą rodzinę. Zdarzyło mi się być na niemieckiej Wigilii, będąc na emigracji już w swoim domu jednak wprowadziłam tę nasza polską tradycję opłatkową. Moj holenderski partner to zaakceptował i nawet karpia jadł (Holendrzy nie jedzą w zasadzie słodkowodnych ryb). A ta niemiecka Wigilia była bez opłatka oczywiście, z bogatymi prezentami, była cala rodzina i ja, była polska gęś na kolację, było mnóstwo ludzi bo rodzina duża i pamiętam, że poczułam się tam niejako zaadoptowana przez rodzinę. Chyba magiczny wpływ świąt. U Holendrów raczej komercyjnie - nie zauważyłam żadnego specjalnego pilnowania tradycji. Tu się gotuje na święta królika. W moim holenderskim domu była wigilia po polsku i święta z królikiem jako danie główne. Mnie się święta kojarzą z karpiem i zupą grzybową. I Wigilia z opłatkiem oczywiście jako produkt spajający rodzinę.

Ale Holendrzy pielęgnują tradycję pasterki - uroczystej mszy wigilijnej. No, i... prezentowanie zamożności na zewnątrz domów oraz ilości otrzymanych kartek świątecznych w oknach. A Mikołaj, nazywany w Holandii Sinterklas, w dalszym ciągu przypływa statkiem parowym pełnym prezentów?

Ależ oczywiście.  I ma inną datę. Nie szóstego. W tym roku zaczął swoją podroż od mojego miasta - Roermond. St.Klaus jest to zupełnie co innego niż Święty Mikołaj chociaż na tej samej bazie pewnie powstał. W każdym bądź razie jest zawsze w towarzystwie Czarnego Piotrusia. Piotruś robi małpie  figle. I pomaga roznosić  paczki. Właśnie przed chwilą gościł w moim domu - komuś z bloku przyniósł duuuży pakiet. Żeby było śmieszniej na Surinami, gdzie Holendrzy swoją tradycję rozpowszechnili St.Klaus jest czarny a Czarny Piotruś biały:) A co do darcia pierza... w adwencie zbierała sie rodzina niemiecka i wszyscy robili wieńce choinkowe, przyklejali, lutowali, wpinali różne cacenka i własnoręcznie upieczone ciasteczka - to tak w ramach chyba darcia pierza - bardzo mi się to podobało. To była rodzina restauratorów, wszyscy schodzili się - więc była babcia, wnuk wtedy jeden, dzieci wraz  z małżonkami i wszyscy coś robili w ramach darcia pierza - podobało mi się to...

A u nas też królik był jednym z dań. Prawie każda rodzina mająca komórkę w ogrodzie hodowała króliki. Ze skórek dzieci miały futerka, a mięsko się zjadało.

Duch tych świąt gdzieś niknie, zasypany komercją i koniecznością zakupów. Dobrze poczytac że kiedyś było inaczej, bardziej w duszy niż na talerzu.

...co niknie? Gdzie niknie? Może tylko w wielkich sklepach i w telewizji z powodu reklam. Duch, święta i atmosfera jest przecież w nas, w domu, w rodzinie...
A zakupy to normalka, tylko teraz lżejsze, bo nie trzeba o trzeciej rano iść w kolejkę.

Wręcz uwielbiam czas przed Świętami... Judith

I niech tak pozostanie, bo to dobry czas.



Dziękujemy za wpisy do księgi i życzymy
DOBREGO CZASU ŚWIĄTECZNEGO!


- alElla, kominkowy Świerszcz i Wielbłąd Gniazdownik

10 grudnia 2013

Świąteczny galimatias

Zambik: Czy wy nie uważacie, że my za mało prywatnie się widujemy? Zaprosilibyście mnie kiedy do siebie.
Molibden: Gdyby towarzysz generał zechciał dać się zaprosić na tradycyjną wigilię.
Zambik: Bardzo chętnie. Kiedy urządzacie?
Molibden: Dwudziestego czwartego.
Zambik: Aha, znaczy jeszcze przed świętami. Może i słusznie.


Zambik: Miał być szczupak po litewsku, ale że nie dostałem szczupaka, więc będzie goloneczka w piwie, towarzyszu generale.
Molibden: Ooo, brawo!
Zambik: Bardzo wystawna wigilia.
Molibden: No, zgodnie z tradycją właściwie powinien być opłatek.
Zambik: Słusznie, słusznie, ale nie róbcie z tego zagadnienia. Najważniejsza jest tradycja. Podzielimy się jajeczkiem.
Molibden: Aha.

/Dialogi  z polskiego filmu komediowego „Rozmowy kontrolowane”./



To było jednak w filmie ukazującym w sposób komediowy absurdy PRL. Dzisiaj też ich nie brakuje i to na poważnie.  Przeczytałam takie ogłoszenie:

„Zapraszamy na przedświąteczne zajęcia. Będziemy lepić baranki, kurki, podstawki pod jajko i wszystko co tylko może pojawić się i zmieścić w wigilijnym koszyczku. Poniedziałek, środa, piątek w godz. 17:00 - 19:00”

       Organizatorom pomieszały się święta, ale inicjatywa, jako taka,  dobra. Warto czymś wyjątkowym dzieci zainteresować, by także budowały atmosferę i nastrój świąteczny.

   W mojej rodzinie furorę zrobiły aniołki z masy solnej. Twórczość to łatwa, lekka, przyjemna i dla każdego. Przedszkolaka i nastolatka!
Dla najmłodszych rozpracowałam wzór na „aniołka - słodziaka”. Takiego, z pomocą babci, wykona nawet 3 letnie dziecko.
Po wysuszeniu /jedna do półtorej godziny w piekarniku w temperaturze od 50 na początku do stu dwudziestu stopni pod koniec suszenia lub kilka dni na kaloryferze/ malujemy. Najlepsze są farby akrylowe, ale ja malowałam plakatówkmi, bo dziesięć razy tańsze.

Masa solna:
- 1 szklanka mąki
- 1 szklanka soli
- pół szklanki wody
- można zabarwić kurkumą, papryką lub czerwonym barszczem.

„Klejem” do łączenia elementów jest woda. 


Aniołek po lewej ma  falbankę sukienki i włosy barwione kurkumą.


A może też ulepić renifera? 
Bardziej, niż baranek pasuje do "wigilijnego koszyczka" z ogłoszenia.

Renifer ma w głowie folię aluminiową.
Sama masa solna może nie wyschnąć w środku.


Zdjęcia można powiększyć KLIKIEM.


27 listopada 2013

Puki, piórka i kopniaki


Pierwszy blogowy obrazek
       Nie wiem, kiedy zaczęła się moja przygoda z blogowaniem. Na początku pisałam mini felietony, czasem większe teksty na różnych portalach. Potem, w ukryciu, zbierałam je do kupki, szlifowałam i zamieszczałam na blogu. Blogowy system sam wpisywał datę publikacji. Gdy w jednym dniu wkleiłam kilkanaście postów ze zdjęciami, strona bardzo długo się otwierała. Trzeba było daty pozmieniać. Nie chciało mi się odszukiwać prawdziwej daty powstania artykułu. Było to dla mnie nieistotne. Wstawiałam jakąkolwiek. Jedynie rok się zgadzał, a jeśli zapamiętałam - to i miesiąc.  Nie mam więc konkretnego dnia, w którym mogłabym obchodzić kolejne rocznice bloga.

       Z przyjemnością świętuję jubileusze innych Blogerów, zjadam wirtualne torty, pomagam zdmuchiwać świeczki i... trochę zazdroszczę, że ja nie mam daty swojego blogowego... poczęcia. Z tej zazdrości dawno temu nawet pozieleniałam. Do dziś już tylko w głowie została zieleń. Wymyśliłam więc sobie, że ja będę obchodzić „Święto Puka, Piórka i Kopniaka”. Chociaż raz na parę lat. A co! Mnie też się należy świętowanie za blogowanie.

Kopniak
    Kopniak jest zawsze pierwszy. Dostaję go od mojego Szanownego Komentatorium czyli Kochanych Posiaduszkowiczów.  Gdy tylko dłużej nie publikuję, otrzymuję zachęty - kopniaczki. Czasem jest to np. pytanie: gdzie jesteś? Innym razem okazanie niepokoju o mnie, albo nęcenie chałwą, a niekiedy konkretna propozycja/rozkaz @mailem: napisz o tym! Kopniak jest najważniejszy, o!

Puk
       „Puk” jest konieczny. To takie oświecające stuknięcie w głowę. Niektórym od puknięcia robi się ciemno i tylko gwiazdki widzą. Ja natomiast jasność i nową notkę. Do pisania trzeba przystąpić natychmiast! Nie może być zwłoki. Puk nadchodzi bardzo rzadko, więc musi być w pełni wykorzystany, a kiełkujący temat podlany.
Dłuuuuuuuuuugaśny popukowy tekst udaje się na leżakowanie, by jak wino klarował się i dojrzewał. Teraz do roboty zabiera się...

Piórko
       Piórko najpierw wymiata niepotrzebne zdania, a nawet całe akapity. Ma być tak krótko, jak tylko się da. To najtrudniejsza robota dla piórka! Potem obmiatanie, głaskanie, muskanie. W razie niepewności, tekst leci po drucie do cenzury. Jeśli ocena brzmi: piórkowo, znaczy: można zamieścić na blogu. Czasem Wysoka Cenzura kręci nosem, ale ja i tak publikuję.



       Niniejszym, 27 listopada roku nieparzystego ogłaszam Dniem Puka, Piórka i Kopniaka. Dlaczego to świętować? A dlaczego nie? Każda okazja dobra, aby się wspólnie pobawić w sposób wyjątkowy. O!

Z tej okazji, dziękuję za wszystkie miłe i motywujące „kopniaki” oraz posiaduszkowe dyskusje w drodze, oazie i przy kominku.

Referaty i toasty okolicznościowe mile widziane!




11 listopada 2013

Ogłoszenie

Zamienię miasto na wieś!




Koniec miasta, początek wsi...



Zamienię świąteczny widok z okna na zwyczajny!




Jak świętować to świętować... 
Dłuuuugo!




Powiększ - KLIK w zdjęcie
Dopisek.

Jest 13 listopada, w południe. 
Śmieci nie wywieżli! 
Pośród drzew za kontenerami rośnie wysypisko. 

4 listopada 2013

Kiedyś prawie wszyscy czytali, teraz prawie wszyscy piszą


       Od dzieciństwa pisałam poprawnie. Ortografię wyssałam chyba z mlekiem mamy i regułek nie potrzebowałam się uczyć. Wystarczyło czytać książki, a poprawność językowa sama do głowy wchodziła. Od jakiegoś czasu zauważam jednak, że coś ze mną nie tak. Coraz częściej zastanawiam się, czy nie popełniam błędów, a czasem zupełnie odruchowo napiszę coś źle. Mam wrażenie, że tak się w Internecie napasę niepoprawnością, że wypiera ona z mojego mózgu słowa w dzieciństwie i czasach szkolnych zakodowane bezbłędnie. To mnie niepokoi! To znak, że się cofam, zamiast nieustannie rozwijać!

Nie ma dnia, abym w gazecie internetowej, czy na portalach z wiadomościami nie spotkała kilku błędów, nawet w jednym artykule.
Choćby tutaj:


A może bohaterka serialu robiła kiełbasy w masarni
- nazwanej w artykule "salonem masarzu"?
  Masarz - to rzeźnik wyrabiający wędliny, 

więc czego klienci sobie życzyli?


       Zaznaczyłam tylko błąd ortograficzny  - najbardziej rzucający się w oczy. Innych błędów nawet nie czepiam się, bo nie ma kogo. Artykuły zapewne piszą za symboliczną zapłatę przypadkowe osoby, a nie dziennikarze. Nie wyobrażam sobie bowiem, aby tak mógł napisać dziennikarz. Kto by mu zresztą dał dziennikarski dyplom?
Ale... do licha! Czy nikt tego nie sprawdza? Wnioskuję, aby wprowadzić cenzurę i korektę, jak za niedawnych peerelowskich czasów, bo inaczej kulturowo - jako nacja - zmarniejemy z kretesem, jak lasuje się już mój osobisty mózg.


Z tego też względu coraz częściej rozpatruję odcięcie Internetu, aby nie kusił do czytania. Jeśli któregoś dnia zniknę z blogosfery, będzie to oznaczać, że kable u mnie pocięte, a laptop na segregacji śmieci.


30 października 2013

Czas ciszy i zadumy

Proszę, nie życz mi 

''przyjemnego świątecznego weekendu'' ani ''hucznego Halloween''



Cmentarz w Chełmie.Kaplica z 1908 r.
Kiedy miedzianą rdzą
Pożółkłych jesiennych liści więdną obłoki,
Zgadujemy, czego od nas obłoki chcą,
Smutniejące w dali swojej wysokiej.

Na siwych puklach układa się babie lato,
Na grobach lampy migocą umarłym duszom,
Już niedługo, niedługo czekać nam na to,
Już i nasze dusze ku tym lampom wkrótce wyruszą.

Jeżeli życie jest nicią - można przeciąć tę nić,
I odpłynąć na obłoku niby na srebrnej tratwie...
Ach, jak łatwo, ach, jak łatwo byłoby żyć,
Gdyby nie żyć było jeszcze łatwiej!

                                                                              /Jan Brzechwa/
                  

                                                         

       Są takie wyjątkowe dni w roku, kiedy w serce wkrada się refleksja, kiedy nastaje czas wspomnień i zadumy, kiedy ludzkie ścieżki wiodą pośród mogił i płomieni świec. W tych dniach uświadamiamy sobie, że istniejemy dzięki następstwu pokoleń. W tych dniach pamięć o bliskich staje się niezawodna, a obce nazwiska na kamiennych płytach zdają się bliskie. Są takie wyjątkowe dni w roku, w których  pośpiech - cywilizacyjna jednostka czasu - na chwilę znika i wszystko powolnieje.

I staje się Cisza...


Cmentarz w Chełmie


21 października 2013

Draństwo?



grafika ze strony  www.e-globus
       W Polsce jest 160 tysięcy osób pracujących w zakładach pracy chronionej lub spółdzielniach inwalidów. Miejsca pracy dla niepełnosprawnych istniały odkąd pamięć moja sięga - nawet w PRL’u -znienawidzonym  i wyśmiewanym przez walczących o lepszą Polskę, a dziś będących u sterów władzy. W tej „złej” Polsce także osoby niepełnosprawne miały środki finansowe na zaspokojenie podstawowych potrzeb, szansę na rehabilitację i godne życie. Nie musiały być na łaskawym garnuszku opieki społecznej i ciężarem dla rodziny.


       Już wkrótce mogą stracić swoje miejsca pracy! Rządowy projekt ustawy okołobudżetowej zakłada obniżenie wsparcia na dofinansowania do wynagrodzeń osób niepełnosprawnych. Skutkiem takich oszczędności może być likwidacja wielu miejsc pracy, a nawet całych zakładów pracy chronionej. Przy okazji - w takich firmach - pracę mogą stracić także zatrudnieni w nich zdrowi pracownicy.


       Protestuję przeciwko rządowemu projektowi ustawy obniżającemu dofinansowania do wynagrodzeń osób niepełnosprawnych. Apeluję do Pana Prezydenta RP, Prezesa Rady Ministrów, Pełnomocnika Rządu do Spraw Osób Niepełnosprawnych, Rzecznika Praw Obywatelskich, Posłów i Senatorów o powstrzymanie tych szkodliwych zmian, których konsekwencje mogą okazać się nieludzkie, o!


Pięknie proszę /dyg, dyg/ Blogerów, Posiaduszkowiczów, oraz wszystkich Gości tu zaglądających, o wywieranie społecznego nacisku na Prezydenta RP, Rząd, Parlament i wszystkich Świętych w sprawie ochrony miejsc pracy dla niepełnosprawnych.


O projekcie dowiedziałam się od Wachmistrza - http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2013/10/lectorom-suplika.html


Nie znam się na "facebooku", ale  t u t a j  podobno można coś zdziałać.


A notkę zredagowałam na podstawie informacji ze strony http://www.popon.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=26251%3Abronimy-miejsc-pracy-osob-niepenosprawnych&catid=41%3Asod. Na stronie tej można znaleźć także wzory listów.



Dopisek południowy.

A może w tym "zakładzie pracy szczególnie chronionej":
poszukać oszczędności? 



15 października 2013

Z Dyrekcji Górnej na Dolną po złotych liściach

Posty o "Mojej" Dyrekcji:

Lata mijają a Chełmska Dyrekcja stoi tak jak stała i świadczy wciąż o dumnej historii polskiego kolejarza.




       Jeśli nie spieszysz się do pracy, czy na zakupy do wielkiego blaszaka nazwanego supermarketem, po Chełmie najlepiej poruszać się pieszo lub rowerem. Odbędziesz niesamowitą podróż po miejscach, gdzie historia, często niewidoczna z okien autobusu, bo zasłonięta budynkami z wielkiej płyty lub reklamami, splata się z dniem dzisiejszym i dziełami pokoleń ludzkich rąk oraz ogrodami pełnymi kwiatów i starych drzew.
      
       W  podróż do kolejarzy na Dyrekcję Dolną - osiedle wpisane /wraz z Dyrekcją Górną/ na listę zabytków urbanistyki i ja piechotą będę szła.


       W dół, z Dyrekcji Górnej, schodzę ulicą Stephensona. Kiedyś była brukowana.  Zimą, zamknięta dla ruchu, stawała się w czasach mojego dzieciństwa torem saneczkowym. A jak się trafiła furmanka wioząca węgiel, o co wcale nie było trudno, to dopiero była frajda. Przyczepialiśmy sanki i nie trzeba było pod górę wchodzić na piechotę.


 

W barwach jesieni tak wygląda:

  





Wydeptane ścieżki są w Chełmie zawsze białe.
To kreda, na której miasto jest położone:


       "Tor saneczkowy" się skończył ... więc jestem już na Dyrekcji Dolnej przy budynku zwanym potocznie Gmachem.

- Dokąd idziesz?

- Do gmachu. I każdy wie, o co chodzi.

- Gdzie mieszkasz?

- Koło gmachu. I wszystko jasne.

Dziś mieści się w nim wiele urzędów i banki. Za czasów "kolejowych", oprócz biur było tu Kino "Bałtyk", sala widowiskowa ze sceną teatralną, klubokawiarnia, biblioteka, ambulatorium, gabinety rehabilitacyjne i stomatologiczne, pogotowie ratunkowe, stołówka, szkoła, apteka. Dwa kroki w górę w domach willowych  /w założeniu przeznaczonych dla dyrektorów i ich rodzin/ - żłobek i przedszkole. Kolejarz to miał klawe życie. Wszystko na "rzut beretem". Na dodatek prawie za darmo. 

  
Gmach dawnej Dyrekcji PKP:


Pomnik Jana Pawła II na skwerze przed Gmachem:



       Przy al. Marszałka Józefa Piłsudskiego biegnącej prostopadle do frontu Gmachu Dyrekcji, stoją po obu jej stronach  szare bloki o czerwonych, spadzistych dachach, należące do osiedla Dyrekcji PKP, wybudowanego przed II wojną. Całe osiedle /wraz z Dyrekcją Górną/ miało zajmować   obszar 50 ha  folwarku państwowego.   Zakładano budowę  600 mieszkań w budynkach willowych i 120 w jedno i dwupiętrowych blokach. Na Dyrekcji Górnej, powyżej Gmachu Dyrekcji /znanego z czasów peerelu jako Gmach PKWN/ dla pracowników biurowych PKP, a na Dyrekcji Dolnej - dla pracowników ruchu, aby mieli jak najbliżej do stacji kolejowej, parowozowni, wagonowni.  II wojna światowa nie pozwoliła dokończyć osiedla. Nie udało się przed jej wybuchem wybudować wielu domów, łaźni, ambulatorium.  Dokładnie na 1 września 1939 roku zaplanowano przeniesienie do Chełma Radomsko - Kowelskiej Dyrekcji PKP.
Szeroka, przestrzenna Aleja Piłsudskiego, do której dochodzę, łączy Gmach Dyrekcji i stację kolejową.



Aleja Piłsudskiego na wprost stacji PKP
i rzut okiem w lewo i w prawo. Aleja jest tak szeroka,
że nie potrafię zmieścić jej w obiektywie  wraz z budynkami. 


Nawet trawnik mi się nie mieści w całej szerokości. 





       Na ławeczkach latem spotyka się tu kolejarzy - emerytów. Wspominają dawne czasy. Kolejarz przed wojną - to była POZYCJA! 

Wraca kolejarz do domu z Radomia, dokąd się udał po angaż, bo otrzymał pracę na kolei (w Radomiu mieściła się przed wojną Dyrekcja Radomsko-Kowelska), a na progu jego chałupiny siedzi Żyd. Na widok świeżo upieczonego kolejarza podrywa się w pląsach, kłania kapeluszem do samej ziemi:

- Ja tu w sprawie budowy porządnego dużego domu.

- Jakiego domu?

- No pana domu panie kolejarzu.

- Ja nie buduję żadnego domu, nie stać mnie na to, pieniędzy nie mam.

- A czy ja pana pytam o pieniądz? Pan jeździłeś po "angażman" do dyrekcji kolejowej, mnie to wystarczy. Ja wszystek materiał na dom od jutra zwozić będę bez pieniądz. "Angażman" jest - pieniądz będzie. A dla wielki pan kolejarz nie przystoi w takiej chałupie mieszkać. 


Wracam pod górę ul. Czackiego... 

...z punktem widokowym na urokliwą
kolejową zabudowę willową: 

Zdjęcie z sierpnia 2010. Jesienne  zostało - wraz z całum albumem -
zutylizowane podczas onetowego "ulepszania" blogów.


Jest też inne zejście z  Dyrekcji Górnej na Dolną
- z tyłu Gmachu po schodach, a z boku po złotych liściach.

Ponad schodami - ogrody:

I jak tu  piechotą nie iść?



Po drodze zbieram liście na listkowe róże:
http://grycela.blogspot.com/2010/10/listkowe-rozyczki.html