Kochani Dobroczyńcy!


Pięknie proszę o 1% podatku dla Patryka. Z góry serdecznie dziękuję. 

W formularzu PIT wpisujemy numer: KRS 0000037904
W rubryce „Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1%” podajemy: 
29257 Kowalik Patrycjusz

Informacja o Patryku na stronie fundacji dzieciom  „Zdążyć z pomocą”.

31 sierpnia 2010

Egipt. Miejsce spoczynku władców egipskich



Dolina Królów (ar. Wadi el-Muluk, وادي الملوك) – dolina położona na terenie Teb Zachodnich będąca miejscem spoczynku królów Egiptu w okresie od XVIII do XX dynastii. Pierwszym faraonem, który nakazał budowę swojego grobowca w dolinie, z dala od znanych nekropoli, był Totmes I , ostatnim - Ramzes XI.

       Po śniadaniu do statku podpływają małe łodzie motorowe, którymi udajemy się na zachodni brzeg Nilu, na miejsce spoczynku władców egipskich. 
        
       "I myślałem o porannym wietrze, który bez wioślarzy pędził lekkie łódeczki od murów Złotego Domu na drugą stronę na zachodnie wybrzeże Teb... 
Tak więc stała przede mną otworem zakazana dolina, śmiertelnie milcząca i w całej swej pustynności bardziej majestatyczna w moich oczach, niż byli kiedykolwiek za życia i na tronie faraonowie..."

 Tak było... i tak jest...

       Dolina Królów, położona wśród wzgórz tebańskich, miała być miejscem wiecznego spoczynku faraonów. Niestety, ich grobowce, wykute w niedostępnych miejscach skał zostały splądrowane przez złodziei. W pobliżu doliny, jeszcze w starożytności powstała wioska grabieżców, która istnieje do dziś, a plądrowanie grobów stało się profesją przekazywaną z ojca na syna.
      
       Grobowiec Tutanchamona jest jedynym, który przetrwał w stanie nienaruszonym tysiące lat, a faraon Tutanchamon jeszcze do niedawna spoczywał w swoim grobowcu. 
      
       W Dolinie Królów miły Arab zawiązuje mi na głowie turbanik z białego szala. Jeden koniec bawełnianej tkaniny pozostawia luźno, jako powiewające na wietrze nakrycie karku, a drugi skręca ściśle i owija wokół głowy, a następnie polewa mi głowę wodą i uczy, jak się to robi, aby nie zamoczyć twarzy. Poczułam wielką ulgę w tym nakryciu. Słońce momentalnie stało się zupełnie bezsilne i niegroźne. Przestało parzyć w głowę i męczyć. Po dolinie  wożono nas spacerowymi wagonikami.
       
       Z pośród sześćdziesięciu grobowców do zwiedzania udostępnionych jest zaledwie kilka. Wewnątrz nich niczego już nie ma, ale warto natrudzić się wejściem chociaż do dwóch, trzech, by poczuć ich nieziemską atmosferę i zobaczyć, jak były budowane, zdobione, maskowane.

       Pomyliłam się sądząc, że Egipcjanie są tak usłużni i troskliwi. Ta życzliwość i uprzejmość nie jest bezinteresowna. Za wiązanie turbanika musiałam dać bakszysz, a biały szalik przymusowo kupić. W rezultacie wzięła go moja koleżanka Lodzia za 10 funtów. I wszyscy byli uradowani, a najbardziej sprytny sprzedawca, który doskonale wyczuwa potrzeby turystów i gra na ich psychice oraz słabościach. Tym miłym akcentem pożegnaliśmy skaliste stoki Doliny Królów, pocięte wieloma ścieżkami.

       Najciekawszą i najbardziej skomplikowaną konstrukcję ma grobowiec Setiego I. Znajdują się w nim liczne wielopoziomowe schody i galerie, sale wspierane przez filary, a sarkofag faraona jest wyrzeźbiony z pojedynczego alabastrowego bloku. Wewnątrz jest dużo przestrzeni, a ochroniarz za dolara proponuje zrobić ze sobą zdjęcie. Pozaziemski majestat tego miejsca nie pozwalał jednak wdzięczyć się do obiektywu aparatu fotograficznego.



Egipt. Oddaj mi twój chleb


''Oddaj mi twój chleb,
bo przecież wszyscy jesteśmy braćmi     
przed Atonem  i nie godzi się, żebym głodował,     
gdy mój brat napycha sobie brzuch chlebem...” 


A gdy ktoś napotkał drugiego, 
odzianego w cienkie płótno mówił:
     - Daj mi twoją szatę, 
bo jesteśmy przecież braćmi w Atonie
i nie uchodzi, żeby brat odziewał się lepiej od brata...


 Bo głód i podniecenie panowały w Tebach 
w owych dniach,  
    gdy królestwo Atona urządzono na ziemi...”

Tak było... i tak jest...

        W drodze z Doliny Królów zatrzymaliśmy się przy manufakturze alabastru. Pilotka Karolina, jak zawsze, starała się wszystko pokazać i wytłumaczyć. Sama nawet pilnikiem szlifowała alabastrowy dzbanek. Niewiele jednak pamiętam z tego etapu podróży. Nie przyjrzałam się pracy robotników, ani alabastrowym flakonom, znowu niczego nie kupiłam na pamiątkę.
       
       Obok sklepu z alabastrem zostaliśmy otoczeni mężczyznami oferującymi „w prezencie” kawałki kamienia oraz dzieci wieszające się naszych torebek i plecaków. Prosili o wszystko, cokolwiek dostrzegli. O napój w puszce, zapalniczkę, długopis, cukierka, pieniądze. Boże mój, czy turyści zdołają wykarmić cukierkami te biedne dzieci?

 Gurnah - tzw. wioska  grabieżców grobowych, 
z której zapewne pochodzą spotkane dzieci.

30 sierpnia 2010

Egipt. Wioski nad Wielką Rzeką



    Na obiady wracaliśmy na statek. Moja towarzyszka podróży - Lodzia - zwykle ucinała sobie popołudniową drzemkę. Ja zaś oglądałam dolinę Nilu, zafascynowana zmiennością krajobrazu oraz życiem mieszkańców wiosek, jakże innym od znanego mi z podróży po Europie. Chaty z nie wypalonej cegły i z mułu rzecznego wymieszanego ze słomą, dachy pokryte palmowymi liśćmi i stosami śmieci, suszące się na opał odchody zwierzęce, dzieci bawiące się na wszechobecnych gruzowiskach i wysypiskach.
Wygląda to przygnębiająco i bardzo biednie. Egipt, kolebka cywilizacji...

       Lodzia spała, wykrzykując coś przez sen, a ja, popijając w celach leczniczych „Finlandię" (lekarstwo na zemstę faraonów) snułam taką refleksję:  cóż to za fascynujący naród, który tradycje i przyzwyczajenia pielęgnuje przez ponad trzy tysiące lat i jest niezwykle odporny na przyjmowanie nowości i jakichkolwiek zmian. Chociaż anteny satelitarne na ubogo wyglądających budynkach i lepiankach zdawały się temu przeczyć. Cóż to za ludzie, którzy dla turystów mają luksusowe statki i hotele, bujną zieloną trawę codziennie zraszaną, kwitnące krzewy i piękne ogrody palmowe, worki na śmiecie, mopy i pachnące mydełka, baseny, korty tenisowe, kluby, wino, piwo, a nawet mocniejsze alkohole, które dostępne są po okazaniu paszportu... Sami zaś żyją inaczej...

       Karolina - nasza pilotka - wspominała, że tu nad brzegiem Wielkiej Rzeki niektórzy mieszkańcy żyją dostatnio. A to, że ich domostwa wyglądają tak, jak przed setkami, a nawet tysiącami lat, to że są zaśmiecone -  wynika z ich mentalności. Chłopi egipscy nie lubią zmian po prostu.
 
„ Swoje gniazdo zbudowałbym
pośród zapachu rzecznego mułu i odchodów zwierzęcych.

Swoje gniazdo zbudowałbym
na dachu ubogiej lepianki w ubogim zaułku ”

Tak było... i tak jest...




To też domy nad Nilem.

Egipt. Świątynia królowej Hatszepsut


Hatszepsut - faraon, władczyni starożytnego Egiptu z XVIII dynastii, z okresu Nowego Państwa. Córka Totmesa I i królowej Ahmes, siostra i żona Totmesa II, z którym rywalizowała o sukcesję.

Czytamy w jednej z inskrypcji:

„...teraz moje serce zwraca się
w tę lub tamtą stronę, gdy myślę,
co ludzie powiedzą.
Ci, którzy zobaczą moje budowle
w przyszłości i ci, którzy będą mówić o tym,
czego dokonałam...”


       Po kilkugodzinnym relaksie na pokładzie słonecznym „Miss World”, kąpielach w basenie i podwieczorku serwowanym w barze widokowym, udajemy się do Deir el Bahari, gdzie znajduje się świątynia HatszepsutMalownicza dolina powitała nas parkingiem pełnym autokarów, policjantów i natrętnych sprzedawców pamiątek. Ich zachęcający do kupienia czegokolwiek hałas skutecznie psuje majestatyczny, mistyczny i tajemniczy nastrój takiego miejsca. Zdążyliśmy się jednak już do tego przyzwyczaić i potrafimy grzecznie odpędzać tych napastników. Karolina dzielnie nam pomaga, wykrzykując coś po arabsku. Są biedni, czy cwani? Czy to po prostu taki sposób życia? A może nic innego nie mogą robić?
- Taka mentalność, bieda, niedostatek – nieustannie powtarzali. przewodnicy. 

Przemysł turystyczny jest drugim (po zyskach czerpanych od armatorów statków przepływających przez Kanał Sueski) źródłem wymienialnej waluty i z tej turystyki korzystają także ubodzy Egipcjanie, narzucając swoje usługi i towary turystom przebiegających w pośpiechu od statku do świątyni, od hotelu do autokaru lub przemierzających pustynię od miasta historycznego do nowoczesnego kurortu. I słusznie – pomyślałam i potraktowałam to jako folklorystyczny dodatek do swoich przeżyć na egipskiej ziemi.

       Podczas zwiedzania Świątyni Hatszepsut w pierwszej chwili zwróciłam uwagę na sposób wkomponowania obiektu w tło skał. Jaką niezwykłą wyobraźnię musiał mieć królewski architekt Senmut, aby tak pięknie wtopić świątynię w otoczenie. Całe szeregi tarasów – olbrzymich, połączonych rampami, podejście wyznaczone aleją sfinksów i obelisków, płaskorzeźby ukazujące narodziny i dzieciństwo królowej, a także jej wyprawę do tajemniczego państwa Pun... To wszystko odbija się w duszy na zawsze, jak na wieczystej matrycy...



       Zastanowił mnie drobny szczegół. Ówcześni artyści potrafili rzeźbić i malować zwierzęta zachowując dokładnie proporcje ich budowy. Natomiast postacie ludzi nie mają zachowanych proporcji ciała. Szczególnie zbyt wielkie są głowy i penisy, poniszczone w większości świątyń przez Koptów.

       Lewą stronę Deir El Bahari zajmuje gigantyczna świątynia  grobowa Mentuhotepa II, który pięćset lat przed królową Hatszepsut wpadł na pomysł wybudowania tutaj wieczystego domostwa. Świątynia jest konserwowana.

       Naszym zainteresowaniem cieszyli się także siedzący po turecku konserwatorzy, którzy w każdą szczelinkę w kamieniu wstrzykiwali jakiś biały płyn o konsystencji śmietanki. Zachęcali nas do fotografowania się z nimi, by otrzymać zapłatę za sprzedaż swojego wizerunku.


  komentarze - zlikwidowane razem z blogiem "Afryka moja".

Egipt. Hatszepsut. Jedyna królowa - król



  komentarze - zlikwidowane przez BLOOG.PL. WP.

29 sierpnia 2010

Egipt. Kom Ombo tanecznie


Niewielkie miasto  Kom Ombo  (كوم أمبو) - Kaum Umbu,  Nubit - miasto złota) leży nad Nilem, 50 km na północ od Asuanu, w starożytności - przy szlaku handlowym z Nubii do Doliny Nilu.

       Po drodze, między Edfu i Asuanem odwiedziliśmy starożytne miasto Pa-Sebek, obecnie nazywane Kom Ombo.
       
       Przed Kom Ombo udajemy się na pokład słoneczny statku, by  już z oddali  podziwiać świątynię, wyjątkowo położoną na wzgórzu.
Jest to podwójna świątynia powstała z połączenia dwóch oddzielnych budowli wzdłuż jednej ściany. Prawa strona poświęcona jest triadzie bóstw: Sebekowi, Hathor i Chonsu. Świątynia z lewej należała natomiast do boskiej triady: boga o imeniu Haroeris (co oznacza Horus jest wielki), Tasnen-Nofret (boskiej siostrze Horusa) i Panebtaki (władcy obu krain). 

      Postój statku potrwa kilka godzin, więc po zwiedzeniu świątyni, na murze której zdumiała nas prezentacja instrumentarium chirurgicznego z epoki rzymskiej oraz (szczególnie męską część towarzystwa) przedstawienie sposobu leczenia prostaty, udajemy się do kawiarni w ogrodzie, by posłuchać na żywo regionalnej muzyki. Z kawiarni do przystani prowadzi zagruzowana po obu stronach droga, przy której siedzą sprzedawcy oferujący papierosy, wodę, pocztówki. Pojawia się także grupa dzieciaczków oferujących „starożytne" kamyczki, by dostać jałmużnę. Na tej ziemi dawanie bakszyszu za jakąkolwiek przysługę czy uprzejmość jest na porządku dziennym. Jestem jednak przeciwniczką dawania dzieciom pieniędzy. Rozdajemy więc cukierki, długopisy i mazaki.

       Boimy się, może zresztą niesłusznie, by nie oberwać przy okazji „starożytnymi" kamieniami. Przede wszystkim żal nam jednak tych dzieci. Są bardzo biedne, muszą pracować i prawie połowa z nich nie uczęszcza do szkoły.
      
Ciekawostką w Kom Ombo jest  nilometr  pozwalający  starożytnym Egipcjanom sprawdzać poziom Nilu. Mnie urzekają  papirusowe kolumny sali hypostylowej.


 
 
Poddaję się ich urokowi
i przed obiektywem aparatu fotograficznego
udaję boską Hathor w tańcu...

komentarze - zlikwidowane przez BLOOG.PL. WP.

Tunezja. Tak mało pamiętam. Sahara

 
       Na Saharze było cudownie, ale jak dla mnie zbyt pośpiesznie. Nie wiadomo, czy podziwiać okolicę, czy stanąć w kolejce po róże pustyni, które swym urokiem zwabiają autokary wycieczkowe.


A kiedy przeżywać?
Widzieć, a nie tylko spoglądać?


       Spojrzałam na domy berberyjskie wykute w skale. Znalazłam drzwi donikąd, pozostałe po mieście, które oderwało się od stoku po ulewnych deszczach. Przez pustynne miasto - galopem, jak Tuareg na koniu. Usłyszałam wołania sprzedawcy daktyli:

- Wiagra dla szwagra! Wiagra dla szwagra!

Kupić nie zdążyłam, nie jadłam nigdy świeżych daktyli... Tu liznęłam, tam zerknęłam.  Teraz marzy mi się posmakować. 


       Z gospodynią berberyjskiego domu pobyć chociaż chwilę, a nie popatrzeć na nią, jak  (przepraszam tę panią) na eksponat w muzeum. Jest gościnna - zaprasza na herbatę z miętą. Po pustynnym mieście pospacerować, w oazie posiedzieć smakując daktyle.

Myślałam o tym nieustannie podczas wycieczki. W sezonie nie ma mowy, aby na własną rękę dostać miejsce w pustynnym hotelu. Cały ten region opanowany jest przez wycieczkowy monopol. Ale w maju? Czemu nie?

       


       Przygotowania niewielkie. Wygodne sandały, butelka wody, jako żelazny zapas, dobre okulary i nakrycie głowy. Najlepiej chustka, bo saharyjski piasek jest pylisty jak mąka. Gdy się zdarzy burza piaskowa, może  pozatykać uszy. Uwielbiam przesypywać go w dłoniach. Jest taki jedwabisty, gdy płynie strumieniami między palcami. Nabrany w buty nie ociera. Lubię nasypać piasku w skarpety. Tak wtedy miękko pod stopami.

- Ależ jesteś "obciachowa" - mawiają mi młodzi ludzie. Sandały i skarpety, wstyd moja pani, wielki wstyd.

- A co z  waszą higieną? Na pewno w porządku? Powinnam zapytać. 

Przecież wiadomo, że kilku par butów nikt ze sobą nie ma i chodzi w jednych - zapoconych i brudnych.  Ja natomiast skarpety zmieniam co kilka godzin. 

Pamiętam wschód słońca...

Pierwszy raz witałam afrykańskie słońce nad Nilem w Egipcie. W Tunezji, nad saharyjskim słonym jeziorem słońce budzi się inaczej. Tak, jak wyciskana z tubki pomarańcza... 





       Światło słoneczne czerwonymi, coraz to większymi kręgami pokrywa  słone jezioro. Pozostałości wody,  nasze twarze i kapelusze odbite w wodzie są także czerwone. Gdy już ostatni  krąg tej purpury dotknie grobli algierskiej, wszystko gwałtownie zapala się złotem. Złota staje się grobla usypana przez środek jeziora, a na tle tego złota turkusowa woda z białymi stożkami soli wokół, przyjmującymi też  barwy, w zależności od kąta patrzenia i  załamania się światła w połyskliwych kryształkach kwarcu. 
 










  










Więcej zdjęć album zlikwidowany przez BLOOG.PL.WP.

Tunezja. Religia a ciasteczka

       Podczas wycieczki na Saharę nasz przewodnik - rodowity Tunezyjczyk opowiadał sporo o religii. Mówił miedzy innymi, że w Tunezji jest bardzo duża tolerancja dla innych religii. Podał nawet adresy kościołów katolickich, na wypadek, gdyby ktoś chciał się tam udać.
Sprawdziłam w Susa (Tunezja).


Mówił prawdę. Jest kościół i dwóch księży katolickich: Włoch i Sudańczyk. Niestety nie zastałam żadnego. Siedzący na krześle przy wejściu do kościoła staruszek powiedział po francusku: 

- a po co  ksiądz, on i tak po waszemu nie gada, módl się sama, twój Bóg wysłucha.

       Przewodnik opowiadał także, że jeśli w  rodzinie tunezyjskiej ktoś umrze, to sąsiedzi przynoszą do domu zmarłego jedzenie. Uznają bowiem, że najbliższa rodzina "nie ma głowy" na zakupy i gotowanie, a także nie powinna takimi przyziemnymi sprawami się zajmować. Odżywiać się jednak należy, a także innych ludzi przybywających do domu zmarłego częstować jedzeniem, a w szczególności ciastem. To nie tylko ogromna gościnność, to także nakaz religijny.

komentarze ocalone:
  • dodano: 17 listopada 2010 11:38
    Ula, u nas też to praktykowano, kiedy stypy odbywały się w domach. Zwykle sąsiedzi robili zakupy i pomagali w przygotowaniu dań, albo u siebie w domu je robili. Teraz przeważnie po pogrzebie idzie się na obiad do restauracji.
    autor grycela
  • dodano: 17 listopada 2010 10:03
    Niektóre nakazy innych religii są dla nas nie do przyjęcia.Natomiast przynoszenie jadła do domu rodziny zmarłego jest całkiem na miejscu. No bo kto ma głowę ,by w takiej sytuacji myśleć o szykowaniu poczęstunku.
    autor ula
  • dodano: 29 marca 2008 9:38
    Wracając do religii. Opowieści naszej rezydentki zaszokowały wszystkich w autokarze. Dla nas dziwnym jest że chłopak z dziewczyną chodzi swobodnie po ulicy. Tu jest inaczej. Rodzice chłopaka muszą zaakceptować dziewczynę, jesli już staną się narzeczeństwem mogą wychodzić razem ale z przyzwoitką. O trzymaniu się za rękę czy pocałunkach na ulicy nie ma mowy. To samo dotyczy współżycia przed ślubem. Po nocy poślubnej sprawdzana jest pościel - czy są oznaki utraty dziewictwa. Dla nas niepojęte, dla nich rzecz normalna. Oczywiście tylko dla tych którzy są prawdziwymi wyznawcami swojej religii. To samo na ulicach, dziewczęta czy kobiety chodzą same, mężczyźni sami. Tylko ok. 20% kobiet w Tunezji pracuje, zazwyczaj jako sprzątające w hotelach, ale o tą pracę wcale nie jest łatwo. Do 1956 r panowało w Tunezji wielożeństwo, dopiero prezydent Tunezji zniósł to prawo, o czym niewielu turystów wie.
    autor Jagoda
  • dodano: 29 marca 2008 0:22
    Bardzo dziekuję Jagoda za Twoje komentarze:) Uzupełniają treści zawarte w moich postach. Pozdrawiam i czekam na Twoje opowieści i zachęcam do dzielenia się nimi na blogu. Wiem, że lada dzień wyjeżdżasz, szczęśliwej podróży, wspaniałych wrażeń, kłaniaj sie tunezyjskiej ziemi ode mnie, kapeluszem do piasku... po polsku :)))
    autor grycela
  • dodano: 28 marca 2008 22:58
    z opowieści naszej rezydentki wynikało, że zmarlego chowa się zawiniętego w całun w ziemi. Na pogrzeb chodzą sami mężczyźni. Nie wiem czy dotyczy to wszystkich czy jest tak tylko w ubogich rodzinach. Generalnie ich religia dla nas cudzoziemców jest bardzo ciekawa. Śluby, pogrzeby, narzeczeństwa - tak bardzo się różnią od naszych zasad i tradycji.
    autor Jagoda

28 sierpnia 2010

Egipt. Edfu i sakiewka


       Nazajutrz budzimy się w Edfu, niewielkim miasteczku, które zawdzięcza swoją sławę najlepiej zachowanej w całym Egipcie świątyni.

       Na brzegu czekają na nas kolorowe kalesze, którymi pędzimy (tak! pędzimy!) do kultowej świątyni poświęconej bogowi Horusowi  z głową sokoła.

       Droga jest zakorkowana autobusami, busikami, taksówkami i pieszymi z całego świata oraz miejscowymi „usłużnisiami”, którzy za opłatą palcem pokażą, gdzie znajduje się widoczna z daleka świątynia, do której nie sposób nie trafić. Jak w tym wielkim korku radzą sobie konne kalesze, którymi podążamy do świątyni?

       Po drodze mijamy bazar z nieprzebraną ilością regionalnych strojów. Niektórzy kupują sobie galabije na zapowiedziany wieczór taneczno - folklorystyczny pod nazwą „Galabija-party”. Gdy sprzedawcy zauważą, że ktoś spogląda na ich towar, natychmiast oferują go, wabiąc bardzo niską ceną.
Gdy dochodzi do zapłaty, dziesięciokrotnie podbijają cenę.

„Silny stawia stopę na karku słabego,
a chytry wyłudza od naiwnego sakiewkę”

Tak było... i tak jest...
Tak też chyba pozostanie na zawsze i wszędzie.

komentarze - zlikwidowane przez BLOOG.PL. WP.

Chełm i okolice. Co Mazowszanki na Ziemi Chełmskiej zobaczyły

Chełm
      



   
  

Fajnie jest podróżować, nowe miejsca odkrywać i poznawać.
Miło też gości przyjmować u siebie, zwłaszcza,
gdy jest co pokazać, gdy pełno wokół ciekawych miejsc...


 
Chełm. Grodzisko - Wysoka Górka
– pomnik przyrody  z wczesnego średniowiecza

         

  
Kalwaria chełmska



Chełm. Bazylika NMP

 



 
Chełm. Góra Chełmska - potocznie nazywana "Górką"


 
       
        Dawno... dawno temu na Górze Chełmskiej był zamek wzniesiony na miejscu starego grodu słowiańskiego, później ruskiego, zbudowanego w pierwszej połowie XIII wieku.  W wieku XV , używając do budowy kamień i drewno, wzniesiono tu zamek zwany starościńskim, który otoczono murami obronnymi, basztami i ostrokołami. Szkoda, że w XVIII wieku ten zamek rozebrano i nie mogłam go pokazać. He...he... sama też nie widziałam  przecież. Ale zachowała się stara studnia zamkowa.
Dziś też jest co podziwiać. Widok na miasto  położone wokół Górki  i okolice zachwyca wielu turystów. Na samym szczycie  Góry  Chełmskiej stoi krzyż, a nieco niżej bazylika ze srebrnym antepedium w ołtarzu, przedstawiającym scenę hołdu składanego Matce Boskiej Chełmskiej po bitwie pod Beresteczkiem.
Na "Górkę" prowadzą liczne aleje - ze wszystkich stron Chełma, a także schody wprost ze starego miasta.
Spacer jest bardzo przyjemny...

Taras widokowy na dzwonnicy w Chełmie
 został udostępniony zwiedzającym
od poniedziałku do soboty
w godzinach od 930 - 1600 i w niedzielę od 1400 - 1600 

                            

         

O tym, co  z tarasu widać - też będzie.


Północna część Ziemi Chełmskiej
- kraina jezior, strumieni, rzek, bagnisk i rozległych borów.


 
Okuninka. Jezioro Białe

 

        Jezioro Białe i okolice - to ulubione tereny wakacyjne moich Mazowszanek.
Całe zresztą Pojezierze Łęczyńsko - Włodawskie jest piękne i gościnne. 
W sąsiedztwie  Białego są też mniejsze jeziora: Glinki, Czarne, Rogożne, Lipiniec.
Są rajem dla wędkarzy, którzy zasadzają się z kijem na szczupaka, sielawę, sandacza, węgorza.
I dla fotografów "polujących" na kaczki krzyżówki, perkozy, czaple siwe, łabędzie, błotniki stawowe.


       A jak tu zdrowo... Mikroklimat leczący górne drogi oddechowe. Może to zasługa sosnowych lasów sobiborskich, do których jezioro się przytuliło?
- Jak nie możesz jechać nad morze, jedź nad Białe Jezioro - taką receptę dają lekarze.
Uważajcie tylko - zawsze mawiał mój tata -  Białe Jezioro działa także na płodność. Trochę żartował, a trochę w tym prawdy, bo sporo dzieci z sąsiedztwa właśnie nad Białym Jeziorem została poczęta...

       Swego czasu Białe Jezioro upodobał sobie  krokodyl. Słowo daję! Żywy i prawdziwy! Zasłużył nawet na pomnik, który stoi, a raczej siedzi przy głównej plaży.
Ciekawostką regionu jest malutkie, ale bardzo głębokie jezioro Święte ze swym torfowym otoczeniem.  Największą jego atrakcją są gęste dywany mięsożernych rosiczek.